Dokąd pędzą ci turyści?
Przy jednej filiżance kopi susu można przesiedzieć całe popołudnie. Czarna, mocna kawa pół na pół z zagęszczonym mlekiem z puszki. Do tego jeszcze kilka łyżeczek cukru. W Indonezji jeśli coś ma być smaczne musi być słodkie. Bardzo słodkie. Ledwie zaproszono nas do stolika a przed nami już stały nasze porcje, które ochoczo ufundowali nam nasi nowi przyjaciele. Chcieliśmy tylko skrócić sobie drogę do portu. Przejść zadaszonym zaułkiem by choć na chwilę uciec przed palącym słońcem. Ale oni nam na to nie pozwolili. Stali bywalcy Jalan Roda. Zapewne zauważyli nas kiedy my dopiero zastanawialiśmy się czy wtargnąć na ich teren. Nasze niepewne kroki między pierwszymi stolikami tylko ich rozochociły. How are you? Where are you from? What’s your name?, posypały się na nasze głowy. Każdy chciał żeby dosiąść się do jego stolika, napić się z nim kopi susu, zagrać w warcaby, może popolitykować. Już podsuwano nam krzesła i pytano czego się napijemy. Może partyjkę domina? Kto według nas zostanie mistrzem świata? Ugrzęźliśmy na całe popołudnie.
Tam gdzie chcieliśmy dojść tego dnia nie dotarliśmy. Droga na skróty nas zwiodła. Jak zawsze poddaliśmy się rzeczywistości, która nas za to sowicie wynagrodziła. Nie mogliśmy trafić lepiej. Znaleźliśmy się w samym środku męskiego świata Manado. Mężczyźni wpadają tu na jedną kawę, a zostają na całe popołudnie. Codziennie. Siadają rozparci na zdezelowanych krzesłach, rozkładają gazetę na podłużnym stoliku nakrytymy ceratą. Czytają rubrykę sportową – dziś przecież liczy się tylko futbol! Nie mogą przeboleć tak łatwo wczoraj straconego gola bądź świętują wygraną swoich ulubieńców. Ci co już się nagadali o piłce pochylają się nad szachownicą albo bawią się kośćmi domino. Gra toczy się leniwie. Więcej w niej przerw na pogaduchy niż skupienia i strategii. Wokół graczy zebrał się wianuszek kibiców. Każdy wie najlepiej jaki powinien być następny ruch, ale trzyma to w tajemnicy z wyższością się uśmiechając. Postawił na kumpla parę tysięcy rupii. Ciekawe czy tym razem wygra?
Są tu każdego dnia. Siadają zawsze przy tym samym stoliku. Przychodzą się spotkać po pracy i pogadać. Spędzić ze sobą czas. Są zaangażowani we właśnie toczącą się kampanię wyborczą. Każdy po stronie innego kandydata. Przysiadają się do stolików, przy których toczą się gorące dyskusje polityczne. Zagadują, wypytują, agitują. Jalan Roda to najlepsze miejsce żeby wysondować nastroje wyborców i wpłynąć na końcowy wynik kandyta. Ściany powyklejane są plakatami. STOP korupcji! Darmowe szkoły dla wszystkich! Asfaltowe drogi dla każdej wioski! To tu toczy się życie polityczne miasta, między kolejnymi ruchami figur szachowych, przed i po uderzeniu w bilę, między jednym a drugi łykiem kawy.
Nie dajemy się długo prosić. Wybieramy stolik, przy którym już siedzi kilka osób. Są zadowoleni, że skorzystaliśmy z ich zaproszenia. Po pierwszych skąd jesteśmy? i co tu robimy? rozmowa toczy się leniwie, a tematów z każdą chwilą przybywa. Czuję, że moglibyśmy tak przegdać jeszcze parę dni. Jak starzy znajomi. My pytamy o ich życie, oni o nasze. Ludzka ciekawość. Znowu zdziwienie jak niewiele nas różni mimo, że przy jednym stoliku siedzą Indonezyjczycy i Polacy, buddyści, hinduiści, chrześcijanie i muzułmanie. Wreszcie jeden z nich zdobywa się na pytanie, które od zawsze ich nurtowało. Dlaczego turyści nigdy nie mają czasu aby pogadać? Przechodzą obok patrząc gdzieś przed sbiebie, nie uśmiechają się, nie odpowiadają na pozdrowienia. Tylko przebiegają przez ich miasto. Zawsze gdzieś się spieszą. Co mam mu odpowiedzieć? Że większość przyjeżdżających tu turystów to klienci luksusowych ośrodków wypoczynkowych, którzy wprost z lotniska jadą do klimatyzowanego apartamentu? Że najpopularniejszy przewodnik backpackersów kwituje ich miasto krótkim “nic ciekawego”? Że słowem nie wspomina o gościnności i otwartości ludzi, którzy tu mieszkają? Że Jalan Roda odkrywa się przez przypadek?
Wokół naszego stolika zebrał się już spory tłum. Ludzie z ciekawością przysłuchują się naszej rozmowie chociaż większość z nich nie rozumie ani słowa. Cieszy ich obecność gości, przyciąga ich egzotyka. Kilkuletni sprzedawcy gazet gapią się na nas z rodziwionymi ustami. Za parę lat przyjdą tu na kopi susu jak ich ojcowie i dziadkowie. I będą zapraszać do stolika zbłąkanych turystów.
Toraja, czyli wokół śmierci
Czy wiemy co będzie po śmierci? Czy ktoś tam na nas czeka? Czy weźmie nas za rękę jak mama i poprowadzi? Czy będzie jasno czy ciemno? Czy spotkamy się z dziadkiem? Nikt nie wrócił z tej ostatniej podróży. Nie spisał relacji, nie przywiózł suwenirów. Ludzie Toraja też nie wiedzą. Są w większości protestantami, część z nich to katolicy. Co niedziela chodzą do kościoła. Modlą się do Boga o zbawienie, ale w tę ostatnią wędrówkę nie wyruszają sami.
Bawół głośno charcząc wali się na ziemię w konwulsjach. Krew bluzga żwawym strumieniem z poderżniętego gardła. Kopyta jeszcze kilka razy ryją czerwone błoto po czym wielkie cielsko zastyga w bezruchu. W jego oczach widzę zaskoczenie. Czyżby nie wiedział co go czeka? Czy nie zaniepokoiło go zniknięcie dwóch towarzyszy, którzy wraz z nim spokojnie skubali trawkę kilkadziesiąt metrów stąd? Poprzednicy podobnie jak on, dali się potulnie przywiązać do grubego palika sterczącego po środku placu. Nie zdradzali żadnego zaniepokojenia kiedy podszedł do nich oprawca podstępnie kryjąc za plecami długi nóż. Potem tylko krótkie, wprawne cięcie i uwolniona dusza bawołu mogła dołączyć do orszaku zmarłego ruszającego w drogę do raju.
W trakcie tej ceremonii pogrzebowej złożono ofiarę z piętnastu bawołów i kilkudziesięciu świń. Uroczystości trwały cztery dni. Pogrzeb Toraja to wyjątkowe wydarzenie w życiu rodziny i wioski. W momencie śmierci rozpoczyna się okres przygotowań do oficjalnego pogrzebu mogący trwać nawet kilka lat. Ciało zmarłego jest mumifikowane i przetrzymywane w domu aż do pochówku. Krewni uznają go za “chorego” i przez cały ten okres dbają jak o żywego członka rodziny przynosząc mu jedzenie czy papierosy. Kiedy odbędą się oficjalne uroczystości? To zależy od zamożności rodziny, która musi przygotować ofiarę z bawołów. Toraja wierzą, że w wędrówce człowieka do raju towarzyszą mu dusze tych zwierząt. To one odprowadzają go do krainy wiecznej szczęśliwości.
Bawoły są dla Toraja symbolem statusu i zamożności. W innych częściach Azji zwierzęta te wykonują zadania wymagające ogromengo wysiłku fizycznego. Tutaj nigdy nie pracują. Wręcz przeciwnie, są hołubione niczym największy skarb w rodzinie. Najcenniejsze okazy trzymane są pod dachem i karmione własnoręcznie. Nic dziwnego. Piękny bawół to fortuna. Jego wartość zależy przede wszystkim od umaszczenia. Najbardziej porządane są albinosy o niebieskich oczach. Ich cena to równowartość stu tysięcy polskich złotych. Takie bawoły składane są w ofierze tylko najzamożniejszych ludzi. Mało kto może sobie pozwolić na taki wydatek.
Trzy cielska bawołów i kilkudziesięciu świń zostały zaciągnięte w kąt placu, poćwiartowane i posegregowane przez wprawne ekipy mężczyzn. Każda rodzina dostanie na odchodnym swoją porcję. Jeden z przeznaczonych na ofiarę bawołów przekazywany jest reprezentantowi lokalnych władz jako danina. Uroczystości pogrzebowe Toraja pełnią ważną funkcję społeczną. Zaproszone rodziny usadzane są wokół głównego placu według ich ważności. Ci cieszący się największym szacunkiem siedzą w pierwszym rzędzie na zadaszonych drewnianych podestach zbudowanych specjalnie na tę okazję kilka tygodni wcześciej. W ceremonii uczestniczy pastor lub ksiądz. Zebrani modlą się za duszę zmarłego. Te kilka dni jest również okazją do spotkań towarzyskich, wspólnych rozmów i biesiadowania. W ten sposób umacnia się więzy łączące daną społeczność. Tradycja Toraja jest wciąż bardzo żywa chociaż nasz przewodnik, Nicola ubolewa, że powoli odchodzi w niepamięć. Dla nas i jeszcze kilku turystów ceremonia pogrzebowa i udział w składaniu ofiary to mocne przeżycie. Na naszych twarzach widać smutek i pytanie dlaczego? Na twarzach Toraja gości zadowolenie ze spełnionego wobec zmarłego obowiązku. Teraz dusza może bezpiecznie wyruszyć w drogę do raju. A ciało?
Grobowce Toraja są niczym scenografia do filmów przygodowych z udziałem Indiana Jons. Trzeba ich szukać w dżungli lub pośród pól ryżowych. Krypty wydrążone w litej skale, ludzkie kości poniewierające się w korytarzach naturalnych jaskiń, wiszące cmentarze na trudno dostępnych ścianach skalnych. Zawsze na uboczu choć w sąsiedztwie ludzkich wiosek. To miejsca odosobnione, do których pretensje rości sobie dżungla. Wielopokoleniowe mogiły pod mchem. Stosy butwiejących trumien we wszystkich rozmiarach. Na tych najświeższych można przeczytać jeszcze nazwiska. W olbrzymich pniach starych drzew widać wyryte dawno otwory. Już się zabliźniły ale ślad pozostał. To miejsca pochówku najmłodszych Toraja. Trumienki małych dzieci wrosły w pień. Ich dusze były zbyt słabe by samodzielnie dotrzeć do raju. Duch drzewa pomaga im w tej podróży, a gałęzie wskazują drogę.
Niezależnie od religii wierzymy, że po śmierci nasza dusza zazna spokoju i staniemy się lepszym bytem na wzór Najwyższego. Mimo to jest w nas ludzki niepokój jak to dokładnie będzie i czy rzeczywiście na to zasłużymy. A może śmierć to dopiero początek długiej wędrówki do … No właśnie, dokąd? Toraja wyruszają w asyście dusz bawołów. Wierzą, że tak dotrą TAM bezpieczniej.
Papaja, I’m lovin it!
W Polsce prawie nieznana. Rzadko występuje na owocowych straganach, a w marketach w ogóle nieosiągalna. Jest królową wśród owoców strefy tropikalnej i jednocześnie wielkim przyjacielem człowieka. Objadamy się nią od miesięcy choć pierwsze spotkania na śniadaniach w Birmie nie od razu mnie zachwyciły. Pewnie musiałam dojrzeć, a może to papaje dojrzały. Azjaci jadają ją z solą lub sosem chili. Skiper łodzi którą wybraliśmy się na oglądanie delfinów kawałki owocu maczał w zaburtowej wodzie, inaczej była za słodka, niesmaczna. A ja właśnie lubię te najsłodsze. Dziś z targu przynieśliśmy dwa pięciokilogramowe okazy. Może wystarczą na 3 dni …
Choć na straganach jej pełno, wybór dobrej sztuki nie jest wcale taki prosty jak mogłoby się wydawać. Piękne, często olbrzymie owoce mają kształt pocisku ze spiczastą końcówką. Każdy jest inny, jeden piękniejszy od drugiego. Gotowe do zjedzenia od razu, takie by odczekać parę dni aby w pełni dojrzały lub całkowicie zielone, młodziutkie. W zależnosci od odmiany dojrzałe mają zieloną lub żółtą skórę, są miękkie lub twarde. W każdym kraju, a nawet na każdej wyspie zasada wyboru jest inna. My kupiliśmy pierwszą w Birmie, początkowo nasz gospodarz uznał owoc za zbyt twardy, a za dwa dni my musieliśmy go uznać za zepsuty. Jedna z filipińskich papai dojrzewała u nas przez tydzień, ku uciesze mrówek z całej okolicy. Najłatwiej było na targu w Manado. Sprzedawca wykroił maleńki kawałek owocu na próbę. On znał swoje papaje najlepiej, wystarczyło zdradzić mu swoje życzenie.
Zielona, twarda, nieduża świetnie nadaje się na sałatkę. Trzeba ją drobno poszatkować, ubić w glinianym moździeżu z cytryną, chili i solą i dorzucić orzechy. Piewszy raz zamówiliśmy taką sałatkę w Laosie ale nie mogliśmy jej zjeść, taka była pikantna. Zieloną papaję można również ugotować w kawałkach bez skóry wtedy w smaku przypomina cukinię. Dojrzałe uwielbiam jeść na surowo. Są słodkie, soczyste i bardzo zdrowe. Miąższ w zależności od stopnia dojrzałości, odmiany i miejsca pochodzenia jest biało-zielonkawy, łososiowy, pomarańczowy lub prawie czerwony. Każde rozkrojenie papai to niespodzianka.
Papaja rośnie szybko i widać ją w prawie każdym przydomowym ogródku. Pierwsze owoce zbiera się już po pół roku od zasiania. W klimacie gdzie wegetacja trwa bez ustanku, przez cały rok można cieszyć się owocami w każdym stadium rozwoju. Niewielkie drzewko ma jeden pień i pióropusz rozłożystych, przypominających dłonie liści. Kwiaty, a później owoce wyrastają z pnia głównego, w ten sposób z pozoru niewielka roślina może udźwignąć kilkadziesiat kilogramów owoców jednocześnie.
Jednak roślina ta to znacznie więcej niż pyszny owoc. Łączy w sobie cechy codziennego jedzenia i lekarstwa. Jest uniwersalnym i naturalnym remedium na liczne dolegliwości. Spotkana na Filipinach podróżnicza para opowiadała jak w Afryce ugryzienia komarów smarowali skórą z papai by nie swędziało. Pestek używali profilaktycznie na wszelkie problemy żołądkowe, jedząc codziennie po łyżce. Ciemne okrągłe nasiona są w smaku podobne do wielkanocnej rzeżuchy posianej na oknie w marcu. Zazwyczaj owoc pełny jest czarnych kuleczek, ale zdarzyło sie nam rozkroić papaję z jednym tylko nasionkiem w środku. Kiedy na Sulawesi zapytaliśmy przewodnika Bugis o malarię, odpowiedział że już dawno jej nie ma. Nigdy nie była większym problemem bo jest na nią naturalne skuteczne lekarstwo. Jakie? Oczywiście papaja. Jej młode liście należy jeść na surowo kiedy się zachoruje. On sam chorował w dzieciństwie, do dziś pamięta ich gorzki smak.
W małej, wegetarianskiej knajpce na Bali wpadł mi w ręce atlas miejscowych roślin. W nim przeczytałam biografię papai. Roślina pochodzi z centralnej Ameryki, w Azji świetnie się zadomowiła, a jej zalety zostały szeroko docenione. Występuje w ciepłym klimacie w takich miejscach jak Australia, Hawaje, Afryka. Jest uznawana za owoc ułatwiający trawienie. Zachwycali się tą cecha już tak znani podróżnicy jak Marco Polo czy Kolumb. Papaina, enzym znajdujący się w liściach i owocach przyspiesza trawienie wszystkich rodzajów pokarmów, ale najbradziej spektakularny jest jego wpływ na białko zwierzece. Stąd też papaina jest używana w kuchniach całego świata jako środek zmiękczający mięso. Papaja podana na deser jest wielce uzasadniona i łaskawa dla tych, którzy zgrzeszyli obżarstwem.
Jakby tego było mało papaja nadaje się również do zastosowań pozakulinarnych. Z ugniecionego miąższu robi się maseczkę by uelastycznić, zmiękczyć i nawilżyć skórę. Należy jednak zmyć owocową pulpę po nie więcej jak dziesięciu minutach. Pomaga również na oparzenia i ukąszenia owadów. Woda z ugotowanych liści papai działa oczyszczająco na cały organizm. Korzeń natomiast wspomaga wypłukiwanie kamieni nerkowych. Lekko ugotowane kwiaty są smacznym warzywem jadanym z ryżem. Sam owoc jest źródłem witaminy A i C. Wystarczy tego wszystkiego by uznać papaję za roślinę doskonałą. Na dodatek jest tania i łatwo dostępna przez cały rok. Tylko dlaczego nie można jej kupić w Polsce?
A może własna łódź?
Zbudować łódź. Dużą drewnianą, która zabierze kilkadziesiąt ton ładunku. Burty będą ledwie wystawać nad powierzchnię wody, a ona mimo to popłynie. Na Kalimantan i do Papui. Bez trudu pokona wysoką falę i ominie każdą rafę. Jej załoga będzie mogła na niej polegać. Będzie o nią czule dbać, rok w rok reperować poszycie i kłaść nową warstwę lakieru. Będzie zawdzięczać jej życie.
Taką łódź można zamówić tylko u Bugis, mniejszości etnicznej zamieszkującej południową część Sulawesi. Bugis już setki lat temu przemierzali wody dzisiejszej Indonezji zapuszczając się aż po Kualalumpur w Malezji i handlując z Aborygenami z północnej Australii. Dziś ich łodzie napędzane są silnikiem diesla, dawniej nosiły ożaglowanie gaflowe. Łodzie Bugis są piękne. To arcydzieło sztuki szkutniczej. Elegancka linia i szlachetny materiał. Najmniejsze mają kilka metrów, największe dochodzą do kilkudziesięciu. Rodzą się tu, w Tanah Beru. Na kilku kilometrach piaszczystej plaży stoją dziesiątki kadłubów, każdy w innej fazie budowy. Kilku mężczyzn właśnie położyło stępkę, piękny kawał ciemnobrązowego drewna szerokiego na około dwadzieścia centymetrów. Przymierzają się do mocowania wręgów, rozłożystych niczym szkielet wieloryba. Ta jednostka będzie olbrzymia, ponad trzydzieści metrów po pokładzie. Zamówienie z Malezji na ekskluzywną łódź nurkową tzw. live-on-board. Piętnastu klientów w luksusowo wykończonych kabinach o standardzie hotelowym, siedmiosobowa załoga i wszystko co potrzeba by nurkując cztery razy dziennie spędzić tydzień bez zawijania do portu za jedyne 300 USD za dobę. Zdecydowanie poza naszym budżetem.
Drewno do budowy łodzi pochodzi z drzewa nazywanego przez miejscowych żelaznym ze względu na swoją niezwykłą wytrzymałość. W dżungli od razu przyciąga wzrok swoją smukłością. Strzelisty pień dochodzący do kilkudziesięciu metrów o ciemnej, prawie czarnej korze. W większości pochodzi z gęstych lasów równikowych Kalimantanu chociaż można je też spotkać na Sulawesi. Pokład i wnętrze łodzi wykończone są w teku. Malownicze słoje, kolor i zapach wysuszonego drewna dają uczucie obcowania z czymś szlachetnym. Na budowę trzydziestometrowej łodzi gotowej do wypłynięcia ekipa kilkunastu ludzi potrzebuje pół roku. Pod warunkiem, że ktoś ich pilnuje i rozlicza z efektów pracy. W Pantai Bira można co wieczór spotkać grupkę obcokrajowców dyskutujących na tematy związane z łodziami. Przyjechali tutaj kilka lat temu z zamówieniem na własną łódź. Budowa nadal trwa. Panowie zbierają się co wieczór przy tym samym stoliku by omówić bierzące tematy. Wspólnie narzekają na nierzetelność wykonawców, oglądają próbki drewna, które właśnie przyszły, przęglądają katalogi z armaturą. Są zajęci, urządzają łodź. Kto wie ile to jeszcze potrwa? Póki co nie ma pośpiechu, można spokojnie sączyć kolejne piwo. Moment wodowania przecież zmieni ich życie, które już się ustabilizowało.
Skoro znaleźliśmy się na plaży w Tanah Beru to znaczy, że szukamy ekipy do budowy łodzi. Gdyby było inaczej pojechalibyśmy przecież na Bali. Ratno to wyczuł. Jest początkujący w tym biznesie ale wie jak rozmawiać z klientami. Budową łodzi zajął się niedawno. Pokazuje nam własny projekt, który w tej chwili realizuje dla klienta z Malezji ekipa Bugis. Z pasją objaśnia rzuty i przekroje kadłuba. Zerka na nas czy nam się podoba. Może będziemy jego kolejnymi klientami? Wymieniamy się kontaktami i obiecujemy przemyśleć sprawę. W końcu trzydziestometrowa łódź nurkowa gotowa do wypłynięcia za cenę trzypokojowego mieszkania w Warszawie brzymi niezwykle kusząco. Tylko czy któryś bank da na to kredyt?
Wyspiarze
Kto z nas nie marzył o wakacjach na bezludnej wyspie? Niekończące się piaszczyste plaże, piuropusze palm kokosowych, lazurowe laguny. Można spacerować kilometrami bądź bez końca pławić się w wodzie, której temperatura nigdy nie spada poniżej trzydziestu stopni. Rano zjeść śniadanie na tarasie domku, z którego jak okiem sięgnąć widać wyłącznie odcienie błękitu. Wieczorem zasiąść w wygodnym fotelu i racząc się drinkiem oglądać tropikalny zachód słońca. Raj na ziemi? Raczej świetnie skrojony luksusowy produkt, dobrze opracowany marketingowo, sfotografowany i opakowany w folder agencji turystycznej. Odizolowany od rzeczywistości przyczółek tak zwanej rozwiniętej części świata. A jak naprawdę wygląda życie na skraju Pacyfiku?
Filipiny to ponad siedem tysięcy wysp. Sąsiednia Indonezja liczy nieznacznie mniej. Wiele z nich to skaliste skrawki lądu otoczone koralową rafą. Ludzie mieszkali tu od zawsze mimo wielu przeciwności. Niewielkie osady rybaków liczące po kilkaset mieszkańców, których życie kręci się wokół morza. W przypadku Morskich Cyganów zamieszkujących Wyspy Togean trudno nawet mówić o życiu na lądzie. Ich proste drewniane chaty stoją na palach w wodzie wzdłuż drewnianego pomostu wychodzącego w morze. Pod domami zacumowane czółna i klatki z rybami. Wioski na filipińskich Wizajach to skupiska kilkudziesięciu domów przycupniętych na krótkich plażach lub wypłaszczeniach terenu. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać bambusowe domy kryte liśćmi z palmy, ale stopniowo wypiera je cementowy pustak i blaszany dach, które są oznaką dobrobytu.
Na wyspach łódź jest ważnejsza od samochodu. To oczywiste. To jedyny środek transportu zapewniający kontakt ze światem zewnętrznym, narzędzie pracy i źródło utrzymania. W każdej rodzinie jest przynajmniej jedna. Jej sprawdzona konstrukcja i technika wykonania przekazywane są z ojca na syna. Stanowią wioskowe know how gwarantujące ciągłość i przetrwanie. Mała dłubanka z jedną podporą na nocny połów jest w stanie unieść rybaka i jego ekwipunek. Jeżeli szczęście dopisze to także kilknaście kilogramów ryb. Wąski kadłub długi zaledwie na dwa metry zapewnia odpowiednią dzielność i zwrotność. To ważne kiedy trzeba wiosłować na zafalowanym morzu. Większe, kilkumetrowe łodzie wyposażone w zaburtowy silnik, coraz popularniejszy w ostatnich latach, mogą zabrać nawet pięciu pasażerów i sporo ładunku. To na nich wyspiarze wyprawiają się do miasta aby sprzedać na targu ryby i przywieźć rzeczy nieosiągalne na wyspie. Ryż, warzywa, paliwo i pitną wodę. Skaliste wysepki to niezbyt wdzięczne miejsce do uprawy czegokolwiek więc wiele podstawowych produktów trzeba sprowadzać z lądu. Również woda ze studni rzadko nadaje się do picia.
Ludzie z wysp zawsze byli zależni od morza. To one decydowało o tym czy będą mieli co jeść i czy pogoda pozwoli wyprawić się na stały ląd. Niewielkie skupiska rybaków żyły w pełnej symbiozie z otaczającym je ekosystemem. Wszystko było w równowadze dopóki wyspiarze żyli we względnej izolacji. Dziś chcą “nadążyć za stałym lądem”. W każdej wiosce wieczorną ciszę mąci agregat. Prąd daje dostęp do zdobyczy cywilizacji. Każdy chce naładować telefon albo pośpiewać przy karaoke. Nie wszędzie jest szkoła i służba zdrowia, lecz w każdym domu stoi telewizor. Jeszcze parę lat temu ludzie przemieszczali się po wyspie wyłącznie pieszo. Dziś chcą mieć motorower aby te kilka kilometrów pokonywać szybciej. Wyspiarze chcą podnosić swój standard życia, a do tego potrzebne są pieniądze. Jak je zdobyć? Jedyny sposób to złowić więcej ryb i sprzedać je w mieście. Szybko złowić, szybko sprzedać. Do tego najlepiej nadaje się dynamit. Bum! i ryby wypływają brzuchami do góry. Wystarczy zebrać i zawieźć na targ. Tylko, że to działanie krótkowzroczne. Zrujnowana rafa nie daje już schronienia rybom, które przestają się rozmnażać. W wielu miejscach średnia wielkość połowu dramatycznie spadła doprowadzając miejscową społeczność na granicę głodu. Zaledwie parę lat temu władze Indonezji i Filipin rozpoczęly akcję tworzenia morskich parków przyrody, na terenie których obowiązuje bezwzględny zakaz połowu ryb. Szczególnie zagrożone akweny patrolowane są przez całą dobę aby ograniczyć nielagalny połów.
Ale co z tego ma lokalna społeczność? Najlepszym przykładem jest maleńka wyspa Apo na Filipinach. Zanim w 1996 roku utworzono tutaj morskich park przyrody, rybacy masowo stosowali dynamit do połowu ryb. Koralowa rafa dająca schronienie wielu gatunkom została zniszczona. Populacja ryb znacznie spadła. Rybacy podcięli gałąź, na której siedzieli. Od momentu utworzenia rezerwatu sytuacja zaczęła się stopniowo poprawiać. Z roku na rok przybywało ryb, odradzały się koralowce. Lokalana społeczność zaczęła czerpać korzyści z turystyki opartej o nurkowanie. Dziś Apo może się pochwalić niezwykle bogatą fauną morską, która przyciąga pasjonatów podwodnego świata.
Wiele małych wysp Filipin i Indonezji odpowiada naszemu wyobrażeniu raju na ziemi. Nie można już tego powiedzieć o niełatwym życiu ich mieszkańców. Krucha równowaga lokalnych ekosystemów została zachwiana wraz z przybyciem cywilizacji silnika spalinowego i plastikowych butelek. Na szczęście w wielu miejscach już to zrozumiano i podjęto dopowiednie działania. Mam nadzieję, że złote plaże okalające błękitne laguny nie będą cieszyć wyłącznie na obrazkach folderów agencji turystycznych.
Szybcy i martwi
Męski świat. Walka na śmierć i życie. Pyszni i martwi. Długie przygotowania i kilkanaście sekund w ringu. Trzepot skrzydeł, chmura piór. Gloria i sromota. Faworyci i niespodzianki. Na którego postawić? Można wygrać lub stracić fortunę. Potrzebny łut szczęścia czy fachowa wiedza? A może i to i to? Dziś jest finał Wielkiego Derby z okazji fiesty w Larenie. Zjechały koguty z całych południowych Filipin bo i nagroda niemała. 600 tysięcy pesos! Wszyscy mają na nią chrapkę. Przyjechali tacy co mają pięć kogutów na spółkę z przyjacielem, są i hodowcy dysponujący kilkutysięczną armią wyszkolonych ptaków. Zwycięzca czterech walk z rzędu wyjedzie stąd z główną nagrodą. Na specjalnych regałach stoją setki kartonowych pudeł z wyciętymi otworami. To w nich przyjechali “zawodnicy”. Teraz siedzą pod przykryciem w klatkach. Dekoncentracja przed walką to ostatnia rzecz, na którą można sobie pozwolić, a atmosfera i tak jest już dość napięta. Sędziowie jeszcze nie ogłosili listy walk pierwszej rundy. Dobór przeciwników nadal trwa. Ich waga nie może się różnić o więcej niż 20 dkg. Największy osobnik waży prawie dwukrotnie tyle co najmniejszy. Szanse trzeba wyrównać. Sami zawodnicy też już się niecierpliwią. Raz po raz któraś z klatek głośno zapieje. Czy rzucają obelgi pod adresem przeciwników? Czy chcą ich nastraszyć albo wyprowadzić z równowagi? Kto to wie? To sprawa między wojownikami.
Walki kogutów to narodowy sport Filipińczyków. Nawet w najmniejszej wiosce liczącej kilkadziesiąt domów jest wyznaczone miejsce, ogrodzony ring, na którym co niedziela, zaraz po mszy odbywają się walki. Mężczyźni trzymają swoich podopiecznych na rękach. Traktują ich wyjątkowo troskliwie. Wszędzie kręcą się podniecone dzieciaki przedrzeźniając bukmacherów przyjmujących zakłady. Można kupić prażone orzeszki i zimne piwo. Niedzielne walki to główna rozrywka, na którą męska część Filipińczyków czeka przez cały tydzień skwapliwie karmiąc i trenując swoich podopiecznych. A koguty wymagają wiele czasu i pieniędzy. Szkolenie trwa cztery tygodnie. Zawodnik musi umieć walczyć zarówno w parterze jak i w powietrzu, zadać cios dziobem, skrzydłem i szponami. Do tego dochodzą techniki zwodzenia i straszenia przeciwnika. Najlepsze koguty rozstrzygają walkę w kilka sekund. Oprócz szkolenia bojowego ptaki wymagają specjalnej diety opartej o wzbogaconą karmę i warzywa. Do tego dochodzi szereg medykamentów dających im siłę i odporność. Niektórzy traktują ten sport wyłącznie hobbystycznie. Ich stajnia liczy kilka lub kilkanaście kogutów. Ale są też prawdziwi “baroni” tego sportu. Podchodzą do sprawy profesjonalnie. Farmy liczące kilka tysięcy ptaków produkują zawodników na sprzedaż, często dla najbogatszych graczy. Ich “maszyny do zabijania” walczą na najważniejszych arenach kraju gdzie główne nagrody dochodzą do piętnastu milionów pesos!. Jest o co powalczyć. A co na to wszystko kobiety? Z lekceważącym uśmiechem machają ręką jak matki zadowolone z faktu, że z pokoju dziecięcego nie dochodzą żadne wrzaski.
Sędziowie wreszcie wywiesili listę walk pierwszej rundy. Już wiadomo kto spotka się z kim. Trwa analiza szans zawodników. Na którego postawić? Zespoły w skupieniu przygotowują koguty do wyjścia na ring. Ogólny harmider niepokoi ptaki. Trzeba je przytulić do piersi i uspokajająco pogłaskać, czasami zakryć głowę by nie widziały tego co dzieje się wokół nich. W tym samym czasie partner z zespołu mocuje do nogi nóż. Celne cięcie tej długiej na dziesięć centymetrów brzytwy często decyduje o wyniku walki. Wreszcie spiker wzywa na arenę. Właściciel zdradza więcej napięcia niż jego podopieczny. Wraz z nim wchodzi sparing-partner, którego zadaniem jest rozjuszenie zawodnika tuż przed starciem. Oktagonalna arena tonie w jarzeniowym świetle. Wokół podekscytowany tłum typuje zwycięzcę. Bukmacherzy wykrzykują stawki i przyjmują zakłady. Za chwilę poleje się krew. I … zaczęło się! Bezgłośna walka na śmierć i życie. Przed chwilą rozkrzyczany tłum teraz zamilkł wraz z mierzącymi się wzrokiem wojownikami. Powoli, krocząc po arenie szykują się do ataku. Czekają na chwilę nieuwagi przeciwnika. I nagle oba jednocześnie wyskakują w powietrze, atakują dziobem, biją skrzydłami, ostrze noża złowróżbnie błyska w światłach areny. Po chwili kolejne stracie, tym razem już w parterze. Ten biały, nakrapiany przygniótł przeciwnika i szuka okazji do zadania śmiertelnego ciosu. Jeszcze jeden atak i przeciwnik leży bez ruchu. Sędzia jeszcze trzykrotnie konfrontuje ptaki po czym ogłasza wynik walki. Właściciele odbierają podopiecznych. Zwycięzca niesiony na rękach, pokonany głową w dół. Koguty zdecydowały kto pieniądze wygrał, a kto przegrał, który właściel zbliżył się do nagrody głównej, a który znowu zje na kolacje drób. Walki będą trwały jeszcze całą noc, a zwycięzca Wielkiego Derby zostanie wyłoniony nad ranem. Tylko czy kogutom przypadnie coś z głównej nagrody?
Adres zamieszkania: brak
Tani hotelik za parę dolarów. Dziś jest moim domem, jutro już nie. Jutro będzie inny, kilkaset kilometrów stąd. Nie przyzwyczajam się, nie rozwieszam obrazków, nie rozstawiam bibelotów. Cały mój dobytek mam w plecaku. Może wsiądę do pierwszego lepszego pociągu albo przyjmę zaproszenie pod czyjś dach. Jestem nomadem w drodze.
Śniadanie zjem tu lub tam. Pyszne, dopiero co zdjęte z pary chińskie pierożki maczane w sosie chili albo naleśnik z zagadkowym nadzieniem zrobiony dla mnie na poczekaniu. Zapłacę pomiętym banknotem, którego nominał można rozpoznać już tylko po kolorze. Sprzedawca uśmiechnie się do mnie jak do stałego klienta i pożyczy miłego dnia. Przejdę na drugą stronę ulicy i u rozchichotanych przekupek będę wybierał papaję na drugie śniadanie. Trochę się z nimi pospieram o jej dojrzałość i cenę. W końcu dobijemy targu. Ja objuczony wielkim owocem posnuję się jeszcze między straganami, one po cichu pośmieją się ze mnie, że zapłaciłem podwójną cenę. Pewnie znowu natrafię na jakąś rybę czy owoc, których dotąd nie widziałem mimo, że byłem tu już dziesiątki razy. Będą mi chcieli sprzedać cielaka albo naręcze storczyków, jakbym był jednym z nich, jakbym mieszkał tuż za rogiem.
Po zakupach schowam się przed skwarem w zacienionej herbaciarni. Będę sączył złotawy napar, pogadam z ludźmi jak ze starymi przyjaciółmi. Bedą pytać o moje życie i jak wygląda świat tam skąd przyjechałem. Zjem z nimi obiad, pewnie będzie ryż i ryba. Fajnie jeść pałeczkami. Może dam się namówić na partyjkę majonga albo przynajmniej postawię kilka juanów na zaufanego gracza. Późnym popołudniem, kiedy palące słońce przestanie już nękać ludzi wskoczę na tylne siedzenie motoru – taksówki i dam się powieźć przez miasto. Ludzie już wyjdą ze swoim życiem na ulicę. Będą handlować, gotować, pić palmowe wino i cieszyć się chwilą. Wszystkie zapachy życia zmieszają się ze sobą. Będą drażnić moje nozdrza. Przeskoczę przez rynsztok pełen tego co już człowiekowi niepotrzebne. Zjem kilka szaszłyków z ulicznego grila. Wypiję świeżo wyciśnięty skok z trzciny cukrowej. Póki jasno, wrócę do hotelu. Nie wiadomo czy dziś wieczorem będzie prąd. Zasypiając w objęciach moskitiery znowu nie znajdę odpowiedzi na pytanie o adres zamieszkania.
Na żywo z Golgoty
O czwartej nad ranem budzi mnie śpiew. Wyglądam przez okno hotelu wychodzące wprost na główny plac przed katedrą. Klikaset osób rozpoczyna właśnie nabożeństwo drogi krzyżowej. Wszyscy idą boso. Grupa mężczyzn niesie naturalnych rozmiarów krzyż, a pozostali zapalone świece. Zawodzący śpiew, wyludnione ulice miasta, ciepły asfalt pod stopami, nic nie zapowiada emocji, które za parę godzin zawładną tym miejscem. Mieszkańcy San Fernando w skupieniu przygotowują się do wydarzeń Wielkiego Piątku. Dołączam do nich.
Krew rozbryzguje się na mojej koszulce i spodniach. Razem z tłumem uskakuję przed kolejną grupą mężczyzn idących na główny plac przed katedrą w San Fernando Pampanga. Ich drogę znaczą zaschnięte plamy krwi na murach, samochodach i ciałach przechodniów. Idą boso, obnażeni od pasa w górę. Koszulki obwiązane wokół głowy kryją ich tożsamość. To ofiara dla Boga, a nie dla poklasku. Nie widzą tego co się dzieje wokół nich. Każdego prowadzi przyjaciel albo ktoś z rodziny. Czują jedynie skwar i ból. Ponacinana skóra spływa krwią. Pęk bambusowych pałek ze świstem tnie powietrze i spada na ich plecy. Nie pozwala zabliźnić się ranom. Czasami któryś z nich omdlewa. Grupami podchodzą pod główną bramę katedry, kładą się krzyżem, każą się biczować. Niektórzy z nich za parę godzin zostaną ukrzyżowani.
Przeciskam się przez podekscytowany tłum gapiów, którzy od samego rana zbierają się żeby zobaczyć to widowisko. Większość z nich to Filipińczycy, ale widać też trochę turystów. Panuje piknikowa atmosfera. Sprzedawcy orzeszków ziemnych oferują swój produkt w kilku wariantach. Kupuję mój ulubiony, z czosnkiem i solą. Dla tych co wolą coś na słodko jest wata cukrowa. Co chwilę przechodzą sprzedawcy wody wykrzykując, mineral, mineral! Obok katedry kierowcy jeepney’ów, najpopularniejszego środka transportu na Filipinach, głośno zapodwiadają kierunki i trasy. Wszystkie miejsca zajęte? Odjazd! Upstrzony kolorowymi malowidłami blaszany busik rusza z rykiem silnika ginąc w czarnej chmurze własnych spalin. Życie ani na chwilę nie ustaje. Toczy się własnym, utartym torem. Nie zamknięto sklepów, nie zrezygnowano z zysku. Maszerujący pątnicy mieszają się z tłumem jedzącym orzeszki.
Żar leje się z nieba, pył drażni krtań. Tłum napiera na barierki. Każdy chce lepiej widzieć. Przyjechała telewizja, transmisja na żywo już trwa. Pryzma piachu jest dziś Golgotą. Na niej trzy krzyże widoczne z oddali. Na prawo od nich przygotowano platformę dla mediów. Statywy, światła, aparaty i kamery. Legitymacje prasowe dyndają na szyjach profesjonalistów. W ich rękach mikrofony gotowe do nagarania każdej wypowiedzi wprost z miejsca wydarzeń. Po lewej trybuna dla VIP-ów. Umundurowany strażnik wpuszcza tylko za zaproszeniem. Ważni goście zasiedli na wygodnych krzesłach pod zadaszeniem dającym schronienie przed słońcem. Najlepsze miejsca na Ukrzyżowaniu 2010.
Wreszcie idą. Poprzedza ich pomruk tłumu. Słaniają się na nogach. Są w transie. Po wielogodzinnym samobiczowaniu dotarli na miejsce. Pod Golgotę. Pątnicy wchodzą na ogrodzony teren miejsca kaźni aby uklęknąć pod krzyżem. Dotarli do kresu ich tegorocznej ofiary. Ale tłum już się nimi nie interesuje. Już zaczyna się główne wydarzenie dnia dzisiejszego. Najpierw wjeżdżają rzymscy żołnierze. Rydwany i konie w chmurze pyłu, karmazynowe płaszcze rozwiewa wiatr. Za nimi idzie On. Ugina się pod ciężarem drewnianego krzyża. Jest skupiony, wie co go czeka. Tłum ucichł w oczekiwaniu na finał. Żołnierze podprowadzają Go na miejsce. Jego dwóch towarzyszy już przywiązano do krzyży, za chwilę postawią je do pionu. Po chwili On już też leży z rękami rozciągniętymi na belce. I nagle ciszę rozdziera ryk bólu, po chwili następny. Młotek opada kilkakrotnie aby gwóździe dobrze weszły w drewno. Raz po raz słychać jęk bólu wzmocniony przez potężny system nagłaśniający. Jeszcze chwila i krzyże stoją już w pionie, a na nich wiszą trzy ciała. Dokonało się.
Potem dało się ukrzyżować jeszcze kilku ochotników. Pretorianie wbijali gwoździe, a pomoc medyczna opatrywała rany. W końcu otwarto barierki i wpuszczono gapiów na teren “Golgoty”. Przecież każdy chce sobie zrobić zdjęcie z dopiero co ukrzyżowanym. Telewizja nie pozostała w tyle. Zanim wyjęto gwoździe pierwsi dziennikarze robili już wywiad “tuż po”. Wydarzenie zostało skonsumowane. Zadowoleni widzowie udawali się na spóźniony obiad albo kryli się w cieniu z butelką coca-coli w ręku. Czy tak ukrzyżowalibyśmy Chrystusa dzisiaj? Czy sprzedawanoby przekąski i wysyłano sms-y kiedy On przechodziłby obok ugięty po krzyżem? Czy przyjechałaby telewizja? Czy zadbanoby o platformę widokową dla najważniejszych gości? Trudno powiedzieć ale mam wrażenie, że brałem udział w próbie generalnej.
W wannie z rekinem
Ready? … jump know! Zawołał przewodnik i w tej samej chwili wskoczył do wody z prawej burty naszej łódki. Wskoczyliśmy i my. Zanim wynurzyliśmy się na powierzchnię, boczne “nogi” bangki, tradycyjnej łodzi filipińskich rybaków przemknęły już nad naszymi głowami. Przewodnik krzyczy look down!, zgina się wpół i nurkuje pionowo w dół. Widzę każdy ruch jego rąk i płetw, mimo iż widoczność ograniczona jest do kilku metrów przez dużą zawartość planktonu. I nagle pośrodku wielkiego błękitu wyłania się on. Bohater dzisiejszego dnia, wielki nieznajomy, olbrzym. Rekin wielorybi.
Jestem dokładnie nad jego głową, widzę każdy punkt na jego centkowanej skórze i zastawawiam się czy nie zahaczy mnie płetwą grzbietową. Olbrzym płynie spokojnie, majestatycznie, dokładnie w moim tempie. Wydaje się w ogóle mnie nie widzieć, ja nie widzę nic poza nim. To zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Jest piękny, doskonały, cudownie łaciaty. Łeb jest szeroki i płaski, prawie kwadratowy z niewielkimi oczami po bokach, które giną na bogato nakrapianej skórze. Lekko rozchylona paszcza, nieraz rozdziawia się bardziej by wchłonąć większą ilość zawieszonego w wodzie planktonu. Pięć pionowych kresek w tylnej części łba, tuż przed płetwami piersiowymi, uchyla się lekko co jakiś czas. Płetwy boczne są nieruchome, wydają się być podporą gigantycznego cielska. Płynę wzdłuż niego, próbuję zapamiętać jak najwięcej szczegółów jego fizjonomii, porównać grubość płetw do długości moich nóg, szerokość głowy do rozpiętości ramion. Przyspieszył, energicznie wiosłuję ile sił w nogach, teraz skręca w moją stronę. Obawy rosną, czy aby nie zahaczę go płetwami… lekko tylko muskam jego ciemno-szarą płetwę grzbietową, gdy zaczyna mnie coraz bardziej wyprzedzać. Skóra jest chropowata jak drobnoziarnisty papier ścierny do drewna, wcale nie przypomina oślizgłych ryb słodkowodnych. Biało-szare centki gęsto występujące na pysku częściowo zanikają im bliżej ogona. Za linią płetwy grzbietowej zaczynają układać się w pionowe paski. Wzór na skórze każdego osobnika jest unikalny, niczym linie papilarne dla człowieka. Niewinne stworzenie płynie jakies dwa metry pod wodą. Daję się wyprzedzić, chcę dokładnie przyjrzeć się całej rybie. Nakrapiany brunatno-szary ogon właściwie zaczyna się tuż za głową. Na końcu dumnie sterczy w górę iście rekinia gigantyczna płetwa ogonowa. Rekin powoli pogrąża się w zielonkawej wodzie, kształt jego ciała zaciera się, jeszcze przez moment widzę jego jasne plamy na ciele, z każdą chwilą stają sią jednak mniej wyraźne. Zanurkował, ja zostałam na powierzchni, czy uda się go jeszcze zobaczyc?
Wracamy na łódkę, polowanie zaczyna sie od nowa. Na dziobie stoi trzech mężczyzn z pięcioosobowej załogi. Wpatrują się w wodę przed łódką. Skipper wie gdzie szukać. Widzę jak bezgłośnie, drobnymi gestami komunikuje się z człowiekiem-okiem. Razem stanowią zespół tropicieli olbrzymów. Jesteśmy najwyżej kilometr od brzegu południowego Luzonu, najważniejszej wyspy archipelagu filipińskiego. W oddali nad horyzontem góruje wulkan Mayon, na zachodnim niebie jest sporo kłębiastych kumulusów, żaden jednak nie zasłania palącej tarczy słońca. Człowiek-oko zauważył kolejnego osobnika, przez chwilę go obserwuje, sprawdza w którym kierunku zmierza i pokazuje sternikowi jak do niego podpłynąć. My w tym czasie wkładamy płetwy, maski i rurki. Rekin jest tak blisko powierzchni, że płetwa grzbietowa wystaje ponad taflę wody. Skaczemy. Historia powtarza się jeszcze pięć razy tego dnia. Bezpośrednie obcowanie z rekinem jest przeżyciem pozostającym na długo w pamięci. Towarzyskie pływanie z kilkumetrową rybą w oceanie. Interakcje fizyczne pomiędzy nami są nieznaczne, wszystkie interakcje psychologiczne są w naszych głowach.
Rekiny wielorybie żyją do 100 lat i osiągają rozmiary do 12 metrów chociaż widywano osobniki dochodzące nawet do 18 metrów długości. Wystepują głównie w ciepłych i tropikalnych wodach na całym świecie. Głównym ich pożywieniem jest plankton, zarówno roślinny jak i zwierzęcy. Do Donsol na Filipinach przypływaja corocznie w okresie od grudnia do maja właśnie dlatego, że wody te obfitują w pożywienie. Są jednym z trzech gatunków rekinów nie drapieżników. Pojedyncze osobniki osiągają masę ciała powyżej 20 ton co sprawia, że właściwie nie mają naturalnych wrogów. Poza człowiekiem. W wielu krajach, również na Filipinach, połowy rekinów wielorybich zostały już zabronione, wciąż jednak ich mięso, a w szczególności płetwy są cennionym przysmakiem w różnych częściach świata. Każdego roku do Donsol przypływa ponad sto rekinów wielorybich. W miesiącu obserwuje się nawet do trzydziestu osobników. Jednorazowa wycieczka na pływanie z rekinami to koszt 20 amerykańskich dolarów od osoby. Niewiele jak za 3 godziny obcowania z największą rybą świata.
Wieczorem, pełni świeżych wrażeń idziemy na kolację. Znajdujemy tradycyjną filipińską jadłodajnię. Na wystawionym przed domem stole stoi kilkanaście garnków. Co chwilę ktoś podjeżdża na motorowerze, podnosi pokrywki, zadaje pytania i zamawia. Pani pakuje jedzenie do woreczków dla tych co biorą na wynos. My jemy na miejscu. Naszą uwagę przykuwa potrawa z jasnego mięsa pokrojonego w nieduże kawałki i doprawionego zielonymi liśćmi. Wygląda na rybę ale jakby trochę inną. Pytamy co to? Gulasz z rekina, pada odpowiedź, ale nie z wielorybiego uspokaja nas Pani z uśmiechem.
Snurklowanie z rekinem wielorybim – film
PS
Wszystkie zdjęcia podwodne oraz film wideo zamieszczono dzięki uprzejmości Thomas’a i Anthony’ego (www.contemporarynomad.com), którym dziękujemy za udostępnienie materiałów.
Zielone złoto
Krętymi uliczkami, przez podwórka, podjeżdżamy pod tylną bramę. Przechodzimy pomiędzy stertami kamieni, warsztat szlifierzy i już jesteśmy w innymy świecie, który kręci się wokół jednego słowa: jadeit. Miejsce to niewiele różni się od azjatyckich targów z warzywami. Niedbale ustawione małe stragany zostały sklecone z tego, co akurat było pod ręką. Głównym towarem są kamienne bryły różnej wielkości i kształtu. Nie ważne czy towar jest świeży, musi być piękny. Alejkami chodzą sprzedawcy, może kolekcjonerzy z zielonymi blokami na ramieniu, pod pachą lub w ręku. Turkusowy kolor wabi wielu. My też ulegamy jego urokowi. Widać, że niektórych jadeit uwiódł już dawno. Oglądają i oceniają strukturę, barwę i kształt kryształu. Wzrokiem próbują przeniknąć zieloną zagadkę. Bacznie analizują szczegóły, których my nawet nie zauważamy. Oglądają każdy kamień pod różnym kątem, pod słońce lub podświetlony silnym światłem latarki. Próbują dociec jaka wartość się w nim kryje. Używają lupy wpasowanej w oczodół niczym naturalnego udoskonalenia oka. Co tam widzą?
Na rogu znajduje się sporej wielkości warsztat. Pracuje w nim dwóch znawców i tuzin szlifierzy. Kamień po kamieniu jest wnikliwie analizowany przez mistrza, który na zielonej powierzchni kreśli grafitowym ołówkiem jak wydobyć piękno z każdego kawałka. Szlifierz siedzi na małym stołku, jego skupienie siega zenitu gdy przykłada kamień do tarczy. To on jest twórcą klejnotu. Mętna woda chłodzi diamentową tarczę i rozprasza się w wilgotny obłok przed każdym stanowiskiem roboczym. Jadeit jest twardy. Najmniejsze kawałki cennego minerału są przed obróbką mocowane na kilkucentymetrowych drewnianych pałkach. Tylko tak można je bezpiecznie i dokładnie oszlifować na wirującej tarczy.
Na małych tackach sprzedawcy wystawiają kamienie pogrupowane rozmiarem, kolorem, wartością. Zielone oczka oprawione w srebro lub złoto przyozdobią czyjąś szyję lub dłonie. Widać wyraźną przewagę zielono-turkusowego koloru. Zdecydowanie rzadsze są kawałki czarne, żółte lub różowawe. Handel jadeitem został zdominowany przez Chińczyków. Zielony minerał jest dla nich magiczny, ma moc przyciągania bogactwa i wszelkiego powodzenia, chroni przed demonami. Każdy Han musi go mieć. Zielona gorączka trwa w Chinach nieprzerwanie od wieków. Najpiękniejsze kamienie pochodzą z Birmy więc interes kwitnie. W Chinach sklepy z jadeitową biżuterią są tak powszechne jak te z herbatą, a pojedyncze sztuki osiągają ceny luksusowych samochodów. Górna granica ceny nie istnieje.
Nam najbardziej podobają się olbrzymie, zielone bryły zaskakujące piękną, unikalną strukturą. Najcenniejsze noszone są delikatnie na rękach, niczym niemowlaki. Niektóre ważą kilkadziesiąt kilogramów. Nad nimi debatują konsylia szlifierzy, jak też się najlepiej do nich dobrać. Nawet nie pytamy o cenę chociaż wielu oferuje nam sprzedaż. Nasze plecaki i tak są już zdecydowanie za ciężkie. Zadawalamy się ucztą wizualną.
































































































