Świat na wodzie
Pływające ogrody, pływający targ, pływające wioski. Świat na wodzie. Nie ma samochodów ani motorowerów. Wodnymi autostradami mkną łodzie wszelkiego kalibru. Burty wyładowanych wodorostami małych czółen ledwie wystają nad powierzchnię wody. Wioślarze wiosłują nogą. Z gracją balansując na rufie energicznymi ruchami zanurzają wiosło w wodzie. Niezwykły taniec. Między nimi przemykają długie tekowe łodzie wiozące ludzi i towary. To lokalne taksówki i autobusy. Pasażerowie przycupnęli za parasolkami chowając się przed wiatrem i bryzgami wody. Większe łodzie towarowe wiozą kosze pomidorów, worki z cementem i co tam jeszcze potrzeba. Ruch iście azjatycki. Zorganizowanych chaos. Sternicy pewnie dzierżą rumpel i omijają mielizny. Jest niski stan wody. Czasami trzeba wysiąść z łodzi i przepchnąć ją przez płyciznę.
Jezioro Inle położone jest na wysokości około 2000 metrów w zachodniej części stanu Shan. Jedynie niewielka część tej prowincji jest otwarta dla obcokrajowców. Górzyste tereny aż po granicę z Laosem i Tajlandią kontroluje Armia Shan. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych prowadzona była w tym rejonie regularna walka zbrojna pomiędzy birmańską armią rządową, a mniejszościami etnicznymi. Od momentu podpisania zawieszenia broni sytuacja jest stabilna ale rządowa kontrola ogranicza się wyłącznie do dużych miast. Aby popłynąć łodzią do Sankar, dwie godziny w dół rzeki, musimy zameldować się na posterunku granicznym, wykupić pozwolenie i wynająć przewodnika. Nie wolno nam tam jednak nocować. Przed zmrokiem musimy wrócić na stronę rządową. Ta prowincja nie jest pod tym względem wyjątkiem. To co na mapie oznaczone jest jako Birma w rzeczywistości jest zlepkiem terenów zamieszkanych przez dziesiątki mniejszości etnicznych, które zachowały odrębny język i kulturę. Aby przeciwdziałać tendencjom separatystycznym rząd prowadzi intensywną politykę burmanizacji. Niestabilna sytuacja w wielu częściach kraju i brak realnej kontroli rządu sprawia, że tereny te są niedostępne dla turystów albo wymagają kosztownych pozwoleń.
O wschodzie słońca jesteśmy już na jeziorze. Tafli wody nie mąci żaden powiew. Zlewa się z szarością porannego nieba. Całość spowija mleczna poświata, z której raz po raz wyłaniają się czółna. Drwiąc z prawa grawitacji lewitują gdzieś pomiędzy niebem i ziemią. Rybacy balansują na burtach tekowych łupinek. Z uwagą przypatrują się wodzie. Co jakiś czas któryś z nich delikatnie wkłada do wody sieć rozpiętą na bambusowym stelażu i osacza niczego nie spodziewającą się ofiarę. Polowanie trwa w najlepsze.
Opuszczamy łowisko i wpływamy do ogrodu. Jak okiem siegnąć ciągną się pływające zagony krzaków pomidorów. Wzdłuż nich uwijają się ogrodnicy na czółnach. Gdyby nie bambusowe tyczki grządki już dawno wyruszyłyby w rejs po jeziorze. Unoszą się na wodzie dzięki zbitej darni trawy obrzuconej wodorostami wydobytymi z dna jeziora. Na tak przygotowanym podłożu rosną rośliny, których korzenie wrastają w pływający dywan. Jest jedna podstawowa zaleta tego rozwiązania. Nawet w porze suchej, kiedy przez kilka miesięcy nie pada deszcz rośliny mają pod dostatkiem wody. Marysia idzie na spacer wzdłuż grządki. Ścieżka ugina się pod jej krokami, ale nie tonie.
Przez cały dzień włóczymy się łódką po jeziorze. Zaglądamy do tkaczek i jubilerów. Te pierwsze tkają przepiękne szale z produkowannej lokalnie przędzy z łodyg lotosu. Ci drudzy wykuwają srebrne ozoby. Rzemiosła kultywowane od wieków. Kupujemy orzeszki ziemne od przekupek i przyglądamy się jak dopiero co zarobione pieniądze przepadają przy hazardowym stole. Jeden niefortunny układ kości i rybak będzie musiał wytłumaczyć żonie jak przepadł dzisiejszy zarobek. Podglądamy życie pływających wiosek. Domy z tekowego drzewa stoją na wysokich nogach po pas w wodzie. Pod nimi baseny dla świeżo złowionych ryb i zaparkowane czółna. Na progu kobiety robią pranie płucząc bieliznę bezpośrednio w wodach jeziora. Dwa domy dalej cała rodzina bierze kąpiel. Jest wieczór, słońce chyli się ku zachodowi. Kończy się pracowity dzień. Na nas też już pora. Ostatni odcinek pokonujemy w kompletnej ciemności. Co jakiś czas z mroku wyłaniają się nieoświetlone czółna wracających do domu rybaków. Suną po wodzie jak duchy, bezszelestnie. Silnik naszej łodzi zagłusza plusk ich wioseł. Opuszczamy wodny świat.
Birma czyta
Kiedy ostatni raz byłem w miejskiej bibliotece? Chyba w szkole średniej. Pamiętam długie rzędy regałów pełnych książek oprawionych w szary papier. Na każdym grzbiecie wykaligrafowany tytuł i obowiązkowa sygnatura. Przy biurku pani, strażnik księgozbioru. I ta wiecznie ginąca karta biblioteczna. Te wspomnienia wróciły do mnie w najmniej spodziewanym momencie.
Wszędobylski pył podnoszony przez przejeżdżające co jakiś czas wozy zaprzęgnięte w woły osiada na wszystkim. Cieniuteńka warstwa brunatnego kurzu nadaje światu monochromatyczny charakter. Jak na starej fotografii z XIX wieku. Południowe słońce bezlitośnie palące przegania przechodniów każąc im szukać cienia. Idę za przykładem Birmańczyków i znajduję schronienie pod dachem bambusowego domku wciśniętego pomiędzy stoisko z betelem i tea shop. Siedząca przy biurku pani w okularach jest zaskoczona moim widokiem, ale zapraszająco się uśmiecha. Ledwie widać ją zza sterty książek oprawionych w szary papier, które piętrzą się w stosach zajmując każdą wolną przestrzeń. Wszystkie ściany zastawione są regałami. Chyba trafiłem do … biblioteki. Co jakiś czas ktoś przychodzi taszcząc pod pachą parę woluminów. Kiedy bibliotekarka odnotowuje w zeszycie zwrot, czytelnicy z zadartymi głowami przechadzają się wzdłuż regałów wyszukując dla siebie nową lekturę. Po okładkach widzę, że największym wzięciem cieszą się powieści sensacyjne i romantyczne.
Biblioteka jest w każdej birmańskiej wsi, a w mieście na każdej ulicy. Ale nie publiczna, nie bezpłatna. Funkcjonuje na zasadach małej rodzinnej firmy. Za każdą wypożyczoną książkę trzeba zapłacić drobną kwotę. Jeżeli czyta się dużo to kwota zaczyna się robić znacząca, a Birmańczycy czytają nie mało. Zaczytany człowiek z książką lub gazetą to częsty widok na ulicy. W cieniu pagody, na pace ciężarówki, przy mizernym świetle energooszczędnej żarówki. To jedna z wielu cech, która odróżnia ten kraj od sąsiadów. W stolicy Laosu czy Kambodży trzeba się mocno naszukać żeby znaleźć księgarnię. W Rangunie co chwilę można potknąć się o stoiska bukinistów rozłożone wprost na chodniku. Można kupić książki nowe i używane, po birmańsku i obcojęzyczne. Co chwilę ktoś zatrzymuje się, pochyla, wybiera i już po chwili siedzi na krawężniku pogrążony w lekturze. Choć ceny książek wahają się się w przedziale od jednego do dwóch dolarów dla wielu Birmańczyków pozostają dobrem luksusowym.
Podróż trycyklem z dworca do miasta zajmuje nam pół godziny. Wystarczająco długo aby poznać historię życia rykszarza. Kiedy skończył uniwersytet został nauczycielem w swojej rodzinnej wsi. Kiedy urodziło mu się trzecie dziecko pensja nauczycielska przestała wystarczać więc przeniósł się do miasta i zaczął wozić ludzi. Nadal znajduje czas na czytanie książek i prasy. Kiedy dowiedział się skąd jesteśmy od razu nawiązał do ostatnio czytanej książki o Marii Skłodowskiej-Curie, polskiej noblistce. Wiedza i oczytanie Birmańczyków zaskakiwały nas jeszcze wielokrotnie. Wielu z nich wiedziało, że stolicą Polski jest Warszawa i jakich mamy sąsiadów. Interesujący się polityką mnisi wyczytali ostatnio w Newsweeku, że sprawa tarczy antyrakietowej w Europie się komplikuje. Na bieżąco śledzą wydarzenia międzynarodowe.
Skąd u Birmańczyków wziął się ten pęd do czytania? Ramkówka telewizyjna składa się z rządowych programów propagandowych i krajowej produkcji seriali gloryfikujących rolę armii w życiu współczesnej Birmy. Anteny satelitarne są zabronione więc wybór sprowadza się do decyzji włącz-wyłącz. Internet jako medium zdecydowanie zbyt liberalne jak na standardy rządzącej krajem junty jest w pełni kontrolowany. Obowiązkiem każdego właściciela kafejki internetowej jest rejestracja aktywności użytkowników internetu. Kontrolowana jest treść korespondencji i odwiedzane strony. Zablokowana są platformy do blogowania (między innymi nasza) i publikowanie zdjęć w internecie. Spora część informacji dotyczących Birmy pochodzących z niezależnych źródeł jest nieosiągalna. Prasa zagraniczna jest dostępna ale jest bardzo droga. Poza tym nie każdy zna angielski. Wreszcie dostawy prądu są nieprzewidawalne i ograniczają się do zaledwie paru godzin dziennie. Dla samego telewizora szkoda paliwa do agregatu. Cóż więc pozostaje? Stara dobra książka. Najlepiej powieść sensacyjna lub romantyczna. Przynajmniej na chwilę można przenieść się do innego świata.
Nasze myśli pobiegły do Polski
O katastrofie dowiedzieliśmy się z smsa od znajomych. Włączyliśmy CNN. Dziwne uczucie, oglądać tragedię relacjonowaną z własnego kraju przez obce media i w obcym języku. Za oknem palmy i plaża, uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie. Nie mają pojęcia co wydarzyło się gdzieś tam daleko w Europie. Dla nich będzie to news w wieczornych wiadomościach tak jak dla Polaków tajfun na Filipinach. Reporter CNN stoi na chodniku Krakowskiego Przedmieścia, w tle Pałac Prezydencki, tysiące ludzi, tysiące zniczy. Wiosenna pogoda, już nie zimno, jeszcze nie ciepło. Reporter tłumaczy widzom polski zwyczaj palenia zniczy, mówi o niezwykłej atmosferze smutku i jedności narodowej. W tle słychać polską mowę i ludzi śpiewających pieśni kościelne. Siedzimy zszokowani przed telewizorem. Nasze myśli cicho pobiegły do Polski.
Z biegiem rzeki
Jest 4.30. Mandaly, drugie co do wielkości miasto Birmy budzi się do życia. Chello, nasz znajomy taksówkarz obiecał nas odwieźć rano na przystań po drugiej stronie miasta. Wczoraj pięćdziesięcioletnia mazda cały dzień spisywała się bez zarzutu. Dziś rano odmówiła posłuszeństwa. Od dawna należy jej się emerytura. Ale Chello nie zawiódł. Przed hotelem czekają na nas dwie ryksze gotowe do podróży choćby na koniec świata. Kilka dni temu rykszarz, który przywiózł nas z dworca autobusowego do hotelu serdecznie dziękował nam, że wybraliśmy jego staromodny wehikuł, a nie taksówkę. Miasto się rozwija i coraz trudniej o klientów. W milionowym Mandaly jest 300 tysięcy motorowerów. Każdy chce się przemieszczać szybciej i na własną rękę. Udany dzień rykszarza to zarobek powyżej jednego dolara.
Rykszarz staje na pedałach kiedy droga pnie się pod górę, krótko odpoczywa na każdym zjeździe. Lata ciężkiej fizycznej pracy wyrzeźbiły jego umięśnione i żylaste ciało. Bezszelestnie wiezie nas ciemnymi ulicami miasta. Nie mamy pojęcia dokąd, ale ufamy mu bezgranicznie. Mijamy trycykle wiozące ładunki o nieokreślonym kształcie. Kierowcy cicho się pozdrawiają jakby bali się przerwać poranną ciszę. Co jakiś czas z mroku wyłania się przydrożna jadłodajnia. Romatycznie oświetlona świecami czeka na pierwszych porannych gości. Znowu nie ma prądu. Agregaty prądotwórcze warują przed każdym domem. Czujnie drzemią gotowe poderwać się do pracy kiedy tylko ich właściciel tego zarząda. Póki co trzeba oszczędzć bezcenne paliwo. Za chwilę i tak się rozwidni.
W drewnianej budce na nabrzeżu kupujemy bilety dla obcokrajowców. Dziesięć dolarów za osobę. Bileter prosi o paszporty i wpisuje nasze nazwiska do pożółkłego zeszytu. O tej porze roku kursują wyłącznie linie rządowe. Niestety nasze pieniądze trafią do kieszeni junty. Na przystani panuje spory ruch. Trwa załadunek wszelkich dóbr i towarów. Tragarze kursują między nabrzeżem a pokładem ponad półwiekowego statku wyprodukowanego jeszcze w Japonii. Zielona tablica dumnie podaje rok opuszczenia stoczni: 1956. Dla turystów przewidziano miejsca na górnym pokładzie. W dwóch rzędach na każdej burcie ustawiono białe plastikowe krzesełka. Na lewo od nas siedzą Francuzi, a na prawo Niemcy. Dwie najczęściej spotykane nacje w tym kraju. Birmańczycy sadowią się bezpośrednio na deskach pokładu. Matki z dziećmi starają się zająć jak najkorzystniejsze miejsca okopując się za workami ryżu i koszami pomidorów. Niektórzy od razu zasypiają, inni cichą gawędzą. Rozchichotane dzieciaki biegają między górnym i dolnym pokładem z zaciekawieniem przypatrując się obsłudze przygotowującej statek do odejścia. Otwarto już bar na rufie. Pierwsi klienci sączą gorącą kawę lub herbatę. Przed nami czternaście godzin podróży w dół Irawadi.
Niski stan wody utrudnia nawigację. Potężna Irawadi kurczy się pod koniec pory suchej do rozmiarów średniej rzeki odsłaniając bezkresne łachy piasku, białe plaże, których może pozazdrościć niejeden nadmorski kurort. Zamiast parasoli i leżaków na brzegu stoją bambusowe szałasy rybaków. Dają prowizoryczne schronienie ich rodzinom. Sternik lawiruje pomiędzy mieliznami naniesionymi na mapę w jego pamięci. Od czasu do czasu posiłkuje się pomiarem głębokości z dziobu. Tyczka rzadko pokazuje więcej niż metr. Załoga rozsiadła się w sterówce i na pokładzie dziobowym. Żuje betel i wesoło dowcipkuje. Tylko skupiony wzrok sternika cały czas wędruje ponad ich głowami szukając następnej przeszkody.
Statek jest jedynym środkiem transportu łączącym niektóre wioski ze światem. Już z daleka oznajmia swoje przybycie potrójnym sygnałem pokładowej syreny. Na brzegu gromadzą się wszyscy mieszkańcy wioski. Są gapie, którzy przyszli tu z czystej ciekawości. Są sprzedawcy i pasażerowie. Płaskodenna konstrukcja statku pozwala wylądować bezpośrednio na piaszczystym brzegu. Lokalni sprzedawcy owoców i przekąsek brodzą po pas w wodzie aby zająć jak najlepszą pozycję kiedy statek jeszcze manewruje. Wreszcie trap, wąska tekowa deska, zostaje przerzucony pomiędzy burtą i brzegiem. Maszyny nie zatrzymano ani na moment. Postój potrwa zaledwie dziesięć minut. Rozpoczyna się szalona bieganina.
Pierwsze na pokład wchodzą kobiety z tacami na głowach pełnymi owoców. Rozbiegają się wśród pasażerów w poszukiwaniu klientów. Statek zawija tylko kilka razy w tygodniu. Dla nich to jedyna okazja żeby zarobić kilka kyatów. Jednocześnie trwa rozładunek i załadunek towarów. Wysiada pani z prosiakiem, którego prowadzi na smyczy jak psa. Na grzbietach tragarzy statek opuszczają worki cementu. Brązowe ciała pokryła cieńka warstwa szarego pyłu. Ktoś przywiózł zestaw czterech głośników, które już przeładowano na mniejszą łódź. Pewnie jeszcze dziś wieczorem uświetnią zabawę w pobliskiej wiosce. Teraz czas na załadunek produktów, które wraz z ich właścicielami popłyną na targ w dół rzeki. Ci sami tragarze wnoszą olbrzymie bambusowe kosze wypełnione fioletowymi kwiatami przypominającymi nasze chryzatemy. Sztuka po sztuce na pokład wędrują arbuzy. Jeszcze kilka worków ryżu i załadunek skończony. Kobiety z owocami w ostatnim momencie opuszczają statek. Na tacach ostatnie kawałki arbuza. Niektórym powiodło się gorzej. Na trapie dobijają targu po najniższej cenie. Następny statek przypłynie dopiero za parę dni.
Pokład mocniej zawibrował pod stopami. Statek znowu sunie z pełną prędkością środkiem Irawadi. We wsi wsiedli nowi pasażerowie. Kobiety z koszami kwiatów rozłożyły się na dolnym pokładzie i układają kwietne kompozycje, które sprzedadzą na targu w Pakoku. Przedsiębiorcza pani po pięćdziesiątce oferuje wszystkim turystom tradycyjny masaż birmański. Zanim dotarliśmy do Bagan zarobiła kilka tysięcy kyatów. Można rownież kupić ręcznie tkane szale. Siedzący obok nas Niemcy uszczęśliwili dziewczynę, dla której byli pierwszymi klientami tego dnia. Bardzo im dziękowała za happy money.
Jeszcze kilkakrotnie zatrzymujemy się w nadrzecznych wioskach. W każdej z nich powtarza się ten sam scenariusz. Postój nigdy nie trwa dłużej niż kwadrans i dalej w drogę. Przez kilkanście godzin konteplujemy monotonny krajobraz rzeki, który wprowadza nas w senny letarg przerywany jedynie hałaśliwymi przystankami. Podróżujemy niespiesznie, w iście birmańskim stylu. Spokojny nurt Irawadi łaskawie unosi nas ze sobą. Już po zmroku docieramy do Bagan.
W Birmie nie ma nic
W Birmie nie ma nic, powiedziała pewna Polka spotkana w niewielkim chińskim hoteliku w Kambodży gdy dowiedziała się, że tam właśnie jedziemy. Jej mąż skwapliwie przytaknął dodając, że od dwudziestu lat podróżują po świecie i nie ma już wyjątkowych miejsc … no może dwa lub trzy. Dawniej było inaczej, barwniej, teraz wszędzie jest jednakowo. Nie ma po co jechać do Birmy. Ale my nikomu nie wierzymy na słowo. Musimy sprawdzić sami. Dotknąć, zobaczyć, spróbować. Nas zachwyca każdy drobiazg. Lubimy drzewa z powykrzywianymi gałęziami, niespokojny śpiew niewidomej kobiety, kiklunastogodzinną jazdę zdezelowanym autobusem … a przede wszystkim ludzi. Nawet przez chwilę nie zwątpiliśmy w nasz wybór.
Do Rangunu, do niedawna stolicy Birmy, przylecieliśmy z Bangkoku. To był nasz pierwszy lot w tej podróży. Inaczej się nie da. Sytuacja wewnętrznej kraju jest skomplikowana. Spora część przygranicznego terytorium kontrolowana jest przez separatystyczne armie mniejszości etnicznych. Mimo, że w latach 90-tych ubiegłego wieku podpisano zawieszenie broni, rząd birmański daleki jest od przejęcia kontroli na górzystymi terenami położonymi na granicy z Chinami, Laosem i Tajlandią. Nawet jeżeli udałoby nam się przekroczyć granicę lądową to brak odpowiedniej pieczątki w paszporcie uniemożliwiłby nam podróż w głąb Birmy. Rządząca krajem junta lubi mieć wszystko pod kontrolą.
Lotnisko natychmiast uświadamia nam, że jesteśmy w kraju skutecznie odizolowanym od świata. Terminal międzynarodowy jest nowoczesny i kameralny. Nie da się tu zgubić. Cały ruch pasażerski obsługuje 6 bramek. Samoloty stojące na można policzyć na palcach jednej ręki. Jedynie kilka zagranicznych linii lotniczych utrzymuje regularne połączenia z Rangunem. Zaledwie odsetek turystów przybywających do sąsiedniej Tajlandii decyduje się na wizytę w Birmie. Dlaczego? Powodów jest wiele. Już odprawa paszportowa daje nam wiele do myślenia. Urzędnicy skrzętnie wpisują nasze dane we wszystkich możliwych systemach i kartotekach. Odtąd żaden nasz ruch nie umknie uwadze naszych gospodarzy. Generałowie witają nas w Birmie.
W porannym słońcu dopiero rogrzewającego się dnia pokonaliśmy odległość między lotniskiem, a centrum. Przemknęliśmy przez przedmieścia poprzecinane szerokimi alejami zaprojektowanymi pewnie jeszcze przez Brytyjczyków. Trzy pasy w każdą stronę, a każde skrzyżowanie to rondo. Układ urbanistyczny do złudzenia przypominający New Delhi. Jednak Brytyjczyków nie ma tu już od ponad 60 lat. Kilkanaście lat po odzyskaniu niepodległości władzę przejęła junta, która rządzi krajem nieprzerwanie od 1962 roku. Po drodze minęliśmy popadające w ruinę budynki uniwersytetu, który zamknięto po demonstracjach studentów w 1988 roku. Aby rozproszyć środowisko opozycyjnie nastawionej młodzieży władza podzieliła uczelnię na kilka mniejszych jednostek administracyjnych i przeniosła je daleko poza miasto. Po lewej został za nami dom charyzmatycznej liderki opozycji, o której Birmańczycy mówią szeptem nazywając ją Lady. Od wielu lat pozostaje w areszcie domowym. Otaczający jej dom kordon militarny skutecznie izoluje ją od reszty świata. W 1991 roku została laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, niestety nie mogła jej osobiście odebrać.
A jak przywitali nas Birmańczycy? Paradoksalnie to hinduska mniejszość była naszym komitetem powitalnym. Z autobusu wysiedliśmy w sam środek kolorowej procesji, która wibrując niespokojną muzyką poniosła nas ulicami hinduskiej dzielnicy. Niby to Birma ale poczuliśmy się jak w Indiach. Co krok można kupić ciapati bądź zjeść kurczaka masala. Kondukt kolorowo ubranych i umalowanych Hindusów w religijnym transie dotarł na miejsce gdzie zgromadzony tłum zagrzewał uczestników do przejścia po rozżarzonych węglach. Ludzie uśmiechali się do nas i pokazywali nas sobie nawzajem. Cieszyli się z naszych odwiedzin jak wieśniacy w najodleglejszych zakątkach Laosu czy Kambodży. A przecież Rangun to blisko siedmiomilionowa stolica sporego azjatyckiego kraju. Kiedy wyplątaliśmy się ze świata Wisznu i Sziwy usłyszeliśmy nawoływania muezina. Brodaci mężczyźni zaczynali się schodzić na modlitwę. Niespiesznie gawędząc znikali we wnętrzu pobliskiego meczetu wtopionego w ciąg kamienic.
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Już z daleka widzieliśmy zapraszający gest młodego mężczyzny, który siedział przy niskim stoliku typowego birmańskiego tea shopu. W tych małych restauracyjkach mężczyźni spotykają w porze lunchu i wieczorami kiedy temperatura staje się znośniejsza. Większość przychodzi tu po prostu pogadać przy herbacie. Niektórzy jedzą tradycyjne birmańskie curry. Przy stoliku obok pięciu Hindusów gra w karty. Dama pik na chwilę zawisła w powietrzu, a zaciekawiony wzrok graczy spoczął na nas. Gdzieś w głębi ktoś cicho brzęka na gitarze.
Mężczyzna, który zaprosił nas do swojego stolika dobrze mówi po angielsku. Ubrany w tradycyjne birmańskie longi popija herbatę z mlekiem. Nigdy wcześniej nie spotkał Polaków ale wie, że stolicą naszego kraju jest Warszawa i że kilka lat temu weszliśmy do Unii Europejskiej. Czyta gazety choć, jak twierdzi, nie można wierzyć we wszystko co piszą w tutejszej prasie. Przed 1988 rokiem studiował na uniwersytecie w Rangunie, ale po krwawym stłumieniu demonstracji zrezygnował. Prowadzi mały sklepik spożywczy. Do stolika dosiadają się kolejni Birmańczycy. Są zaciekawieni. Nie mówią po angielsku ale przysłuchują się naszej rozmowie. Brzmi dla nich egzotycznie, powiew dalekiego świata od którego zostali odcięci na wiele lat. Uśmiechają się do nas jak gospodarze radzi z każdej wizyty. Rozmawiamy o życiu. Że władza “robi pod górkę” i że generalnie nie jest łatwo. Ale nie ma w jego słowach zrzędzenia ani złości. Jest buddyjska cierpliwość i pogoda ducha. A może po prostu nie wiadomo czy ktoś nie podsłuchuje?
Robi się późno. Czas wracać do hostelu. Dzisiaj chyba prądu nie będzie. Ciemne uliczki rozbłyskują mizernym światłem pojedynczych żarówek oświetlających stoliki tea shopów. Prąd przychodzi i odchodzi, bez ostrzeżenia. Można liczyć na kilka godzin dziennie. Naszym krokom towrzyszy pomruk agregatów prądotwórczych stojących na chodniku przed każdym domem. Czasami mają wielkość małej ciężarówki jak w przypadku luksusowego hotelu rządowego. Częściej są to średniej wielkości skrzynie zasilające jedną kamienicę. Jeszcze tylko wizyta w kafejce internetowej aby sprawdzić maila. Internet na prądzie z agregatu jest dwa razy droższy niż normalnie. No i jeszcze raz Wielki Brat daje znać o sobie. Po doświadczeniach z Chin mogliśmy się tego sodziewać. Wszystkie strony do blogowania są w Birmie zablokowane. Nie da się też opublikować zdjęć na portalach typu flickr czy picassa. Jak dowiedzieliśmy się później kontrolowa jest również treść korespondencji i aktywność użytkowników w sieci. Internet daje zbyt dużo wolności jak na tutejsze standardy.
Nasz pierwszy dzień w Rangunie dobiega końca. Łopaty wiatraka mielą ciężkie, rogrzane powietrze birmańskiej nocy. Leżę w łóżku, a przez myśl przelatują mi obrazy z dzisiejszego dnia. Piękni ludzie i niezwykła mieszanka kulturowa. Myślę o tych, którzy ściskali nam dzisiaj dłonie i szczerze cieszyli z naszej wizyty. Na pewno już wiem, że spotkana w Kambodży Polka nie miała racji. Już wiem, że będzie to kraj wyjątkowy. Ze względu na ludzi. Ciekawe kogo jeszcze tu spotkam i jaką historię usłyszę. Nie mogę doczekać się jutra.
Pieniądze szczęścia nie dają?
Na świecie wciąż są miejsca gdzie ludzie żyją bez pieniędzy. Są przy tym bardzo szczęśliwi. To fakt, że zależy to od tego jak zdefiniujemy szczęście. Jeżeli tylko przywołamy ostatnie życzenia przy wigilijnym stole lub te z pierwszych minut 2010 roku to okaże się, że do szczęścia potrzeba nam przede wszystkim zdrowia, własnego i bliskich, spełnienia marzeń no i … pieniędzy. Nie wiem czego życzą sobie Hmong kiedy świętują Nowy Rok. Dla nich to przede wszystkim okazja do znalezienia partnera na całe życie. Co bym jednak usłyszał jeżeli udałoby mi się ich podsłuchać i dane mi było zrozumieć ich mowę? Mogę się tylko domyślać. Z pewnością życzyliby sobie obfitych plonów ryżu żeby wyżywić rodzinę przez cały rok. Życzyliby sobie zdrowia aby móc samodzielnie pracować na własnym polu. Życzyliby sobie aby sprzyjały im duchy, a dusze przodków uwolnione zostały z cyklu reinkarnacji. Czy życzyliby sobie pieniędzy? Nie sądzę.
Do wiosek położonych zaledwie o dzień marszu od szybko rozwijających się miasteczek nie dochodzi droga ani prąd. Życie toczy się w rytmie dyktowanym przez naturę. Ludzie wstają i kładą się spać wraz ze słońcem. Ryż i warzywa uprawiane są na okalających wioskę poletkach. Świnie, krowy i kury drepczą między obejściami, a prosiaki plączą się między nogami. W sąsiedztwie wioski zawsze jest rzeka bądź jezioro, źródło świeżej wody i ryb. Wszystko co składa się na w pełni wartościową dietę jest pod ręką. Tkaniny na ubrania powstają na domowym krośnie. Medycyna oparta jest o naturę, a wiedza z zakresu wykorzystania tego co da się znaleźć w lesie przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Temperatura przez cały rok nie spada poniżej 20 stopni, a drewno dostępne w pobliskim lesie potrzebne jest jedynie do budowy domu i do gotowania. Czy w takim świecie potrzeba pieniędzy?
A jednak. Nawet do najodleglejszych wiosek trafiają powoli zdobycze cywilizacji. Traktor zamiast wołu, zaburtowy silnik zamiast wioseł, motorower zamiast wózka. Każde z nich pożera paliwo, którego nie da się “wychodować” w wiosce. Trzeba je kupić za pieniądze. Skoro jest już paliwo można też mieć agregat prądotwórczy. A prąd to przede wszystkim telewizja. Przy bambusowych chatkach stoją ogromne czasze anten satelitarnych, które dostarczają obrazy z odległego świata. Łączność została nawiązana. Rodzina dotąd gromadząca się przy palenisku teraz z rozdziawionymi ustami chłonie kolejny odcinek tajskiej telenoweli, a wraz z nim reklamowe bloki. Rozpoczęło się pranie mózgu.
Daleko idące zmiany wyraźnie widać w dużych miastach bądź w bezpośrednim sąsiedztwie atrakcji turystycznych. W opowieściach znajomych czy relacjach znalezionych w internecie sprzed zaledwie paru lat Kambodża, a tym bardziej Laos to kraj ludzi bezinteresownych, wiecznie uśmiechniętych i życzliwych, którzy chętnie przyjmą pod swój dach egzotycznego gościa. Nie przeczymy, doświadczyliśmy tego ale wyłącznie w mało dostępnych wioskach leżących poza turystycznym szlakiem. W miejscach tłumnie odwiedzanych przez obcokrajowców jesteśmy uważani za niewysychające źródło gotówki. Jak wprost powiedział mi jeden z rykszarzy kiedy obruszyłem się na podaną przez niego cenę, pięciokrotnie wyżyszą od normalnej taryfy: Dla ciebie i tak przecież nie jest drogo. Idąc ulicami Sihaoukville, największego kurortu Kambodży, co chwilę słyszę Hello Sir. How are you? po czym natychmiast pada oferta handlowa w stylu: może tuk-tuk?, chce pan masaż?, kup pan coś ode mnie!, zje pan kalmara?, itp. Cena zawsze kilkakrotnie przewyższa cenę rynkową. Hello Sir to tylko forma zwrócenia uwagi i zaproszenie do transkacji, a nie pozdrowienie. Turyści, którzy właśnie wysiedli z samolotu nawet tego nie zauważają ale po kilku dniach człowiek zaczyna sobie zdawać sprawę, że na każdym kroku jest nabijany w butelkę przez marketingowo uśmiechniętych miejscowych.
Ale czy mogę winić ludzi za to, że chcą zarabiać pieniądze, które i tak do nich same przychodzą? Za olbrzymią smażoną rybę podaną w restauracji na plaży płacimy 15 złotych. Ledwie możemy ją zjeść razem z Marysią. Za taką samą porcję w restauracji Uśmiechnięty Delfin w Międzyzdrojach zapłacilibyśmy pięć razy tyle. Tanio. Ale dla miejscowych to sporo pieniędzy. Każdy kto może, uczy się kilku słów po angielsku i zaczyna oferować swoje usługi. Po plaży krążą masażystki proponujące manicure, sprzedawcy z tacami pełnymi owoców bądź gotowanych langust na głowach, dzieci obwieszone pamiątkami własnoręcznie wykonanymi z muszelek. Każdy chce mieć swój udział w moim portfelu. We Phnom Penh ciężko opędzić się od dzieci sprzedających książki albo wodę mineralną. Zamiast siedzieć w szkole szukają szczęścia jako uliczni sprzedawcy. Jest również ta najciemniejsza strona pogoni za pieniądzem. Tajlandia jest pionierem seksturystyki w tym regionie ale to w Kambodży i Laosie rozwija się ona obecnie najszybciej. Propozycję tego typu usług dostaje się szeptem od kierowcy rykszy albo w restauracjach dla turystów. Organizacja Child Safe alarmuje, że coraz częściej prostytucja dotyczy dzieci.
Jak zawsze jest druga strona medalu. Południowo-Wschodnia Azja to nie Skandynawia. Przeciętny obywatel nie ma co liczyć na pomoc państwa. Edukacja na wyższym poziomie czy specjalistyczna służba zdrowia są odpłatne. System świadczeń społecznych nie istnieje. Na ulicach żebrze wiele osób starszych, kalekich czy matek z dziećmi. Ponadto cały system jest skorumpowany. Aby przeżyć w takim świecie potrzebne są pieniądze. Coraz więcej pieniędzy. Nic więc dziwnego, że przeciętni ludzie chwytają się każdej okazji żeby zarobić dolara. To, że turysta jest w stanie zapłacić więcej to tylko lepiej.
Jestem turystą. Przywiozłem ze sobą pieniądze, które tutaj wydam. Coraz częściej się zastanawiam do kogo trafią. Płacę dolara za przejazd przez miasto na motorowerze studenta, który zapłaci w tym miesiącu czesne. Kupuję książkę od dziesięcioletniej dziewczynki, która zachęcona szybkim sukcesem znowu nie pójdzie jutro do szkoły. Wrzucam banknot do skrzynki organizacji charytatywnej, która zapłaci urzędnikowi łapówkę aby móc postawić kolejny przytułek dla sierot. Daję dolara żebraczce, która pierwszy raz od dwóch dni coś zje. Zamawiam piwo w restauracji z widokiem na Mekong. Jej właściciel zbiera na Lexusa dla żony.
Jedno jest pewne. Turystyka, a wraz z nią napływający strumień pieniędzy gruntownie zmienia te kraje. Wystarczy porównać Tajlandię, Kambodżę i Laos, żeby się o tym przekonać. Na nietkniętych do niedawna plażach Kambodży zaczynają wyrastać hostele i restauracje. Wylano już pierwsze fundamenty pod większe ośrodki wypoczynkowe. Prawo w Laosie zezwala na odwiedzanie wiosek mniejszości etnicznych wyłącznie w ramach zorganizowanych przez lokalną firmę tzw. ekotrekingów. Trzycyfrowe ceny w dolarach za kilkudniową wycieczkę. Ale inwestycje w turystykę to nie wszystko. Zmienia się też mentalność ludzi. Niektórzy miejscowi przyznają, że sami przestają poznawać swój kraj. Chęć posiadania wypiera tradycyjne wartości. Wiem, że nie możemy odmówić ludziom prawa do zdrowszego, wygodniejszego i bezpieczniejszego życia. Nie da się zachować skansenu ku uciesze turystów. Żal mi jedynie, że khmerska gościnność i laotański uśmiech stają się powoli dla nas niedostępne. Znika świat bez pieniądza.
Azjatycka historia motoryzacji.
Motorower jest ikoną azjatyckiej motoryzacji. Dla Kambodży jest tym czym dla Amerykanów był Ford “T” a dla Polaków mały Fiat. Jego wkład w rozwój motoryzacji jest nie do przecenienia. Pewnie kiedyś wystawią mu pomnik w centrum miasta, olbrzymi, złocony. 100 centymetrów sześciennych, kilka KM, kierowca i pasażer. Tak zaprojektowano gdzieś daleko stąd, w Japonii albo Korei. Tyle przewidział producent. Zbadał, przetestował, zadbał o bezpieczeństwo i skrzętnie spisał instrukcję. Ale Khmerzy nie czytają instrukcji. Oni piszą własną historię motoryzacji.
W samej stolicy Kambodży jeździ ich kilkaset tysięcy. Suną ulicami, królowie szos, kpiąc z kodeksu drogowego. Na czerwonym świetle, pod prąd, po chodniku. Tabuny jeźdźców w chmurze spalin. Stare wysłużone Hondy obok nowiutkich Suzuki lśniących chromowanymi detalami. Charczą, parskają, czasami zgasną bez ostrzeżenia. Ale jadą. Są podstawowym środkiem transportu. Często wiozą pięcioosobową rodzinę. Tata prowadzi, między nim a kierownicą mały brzdąc, trzylatek, pęd powietrza rozwiewa jego czarną czuprynę. Za tatą dwójka starszego rodzeństwa, szereg zamyka mama, która jest gwarantem, że nikt się po drodze nie zgubi. Mkną w odwiedziny.
We Phnon Penh nie ma komunikacji miejskiej. Motorower to najtańsza taksówka. Staję na krawężniku i wystawiam rękę. Po kilkunastu sekundach zatrzymuje się stara Honda z wygodnym tylnim siedzeniem. Motorbike sir? Uzgadniamy cenę i po chwili włączamy się strumień pojazdów płynący ulicami. Motorower zabiera nawet trzech pasażerów, a jazda w obrębie centrum kosztuje pół dolara. To najszybszy sposób poruszania się po mieście. Nie brakuje też wrażeń. Kierowca łamie wszystkie zasady ruchu drogowego.
Jeden motorower to także podstawowa jednostka logistyczna. Brak definicji ile to kilogramów czy metrów sześciennych. Wszystko zależy od pomysłowości kierowcy. Drobne przeróbki w postaci dospawanej przyczepki bocznej bądź zamontowanego zaraz za kierowcą wieszaka znacznie zwiększają możliwości pojazdu. Kredens, cztery prosiaki czy kilkadziesiąt kur nie przedstawiają większego problemu logistycznego. Kilka metrów liny i już mebel przytroczony. Poprzeczna belka, z niej głową w dół zwisa kilkadziesiąt jeszcze żywych kur. Cenniejszy towar wymagający delikatnego traktowania trzyma własnoręcznie pasażer-pomocnik. Szeroko rozstawione ramiona syganlizują, że właśnie transportowana jest szyba.
Niestety motorower ma swoje ograniczenia. Świetnie sprawdza się w mieście i na krótkich dystansach. Jednak Khmerzy nie wymyślili jeszcze jak na dwóch kółkach przewieźć dwadzieścia telewizorów albo komplet drewnianych mebli. W takiej sytuacju do akcji wkraczają wszelkiej maści pick-upy i półciężarówki. Średni wiek pojazdu to kilkanaście lat. Nie słyszałem o czymś takim jak stacja diagnostyczna. To czy pojazd dopuszczono do ruchu zależy od wysokości łapówki. Póki silnik chodzi da się jeździć. Blacharka to tylko kwestia estetyki, a kto przejmuje się estetyką kiedy trzeba dowieźć towar. Pojazd się toczy, a co najważniejsze da się go załadować. W środku po dach, na dachu bez ograniczeń. Byle dojechał. W samym centrum Phnom Penh, tuż przy głównym targu półnadzy mężczyźni uwijają się w palącym słońcu. Wyłapują z ruchu ulicznego tuk-tuki zworzące towary, które przeładowują na samochody. Co wieczór odchodzą stąd transporty do najodleglejszych zakątków Kambodży. Na pace każdego samochodu sterta różnej wielkości pudeł i worków. Na nich meble, nowe rowery i motorowery. Pomiędzy pakunkami ludzie. Efektywność o jakiej nie śniło się zachodnim firmom przewozowym.
Ile da się wycisnąć z dwóch kółek? Jak długo jeszcze posłuży dwudziestoletnia ciężarówka? To pytanie dręczy wielu tutejszych kierowców. Ale nie wszystkich. Na ulicach Phnom Penh widać też luksusowe samochody. Nie widać jednak kogo przewożą za ciemnymi szybami. Kilka lat temu były to wyłącznie samochody prezesów pozarządowych organizacji pomocowych i pracowników ambasad. Dziś jest ich coraz więcej. Szukają swojego miejsca na drodze pomiędzy wysłużonymi motorowerami i lawirującymi tuk-tukami. Są własnością nielicznej grupy bogatych Khmerów. Póki co pozostała część społeczeństwa musi pisać własną historię motoryzacji.
Diabeł azjatyckiej kuchni
Zatłoczona uliczka Bangkoku, przechodzimy przez pasaż obstawiony z obu stron ulicznymi sklepikami ze wszystkim. Siadamy w małej knajpce lekko z boku, ale tak by widzieć wibrującą masę ludzką jak na dłoni. Czytam bogate menu. Wszystkie potrawy bardzo kuszą. Podchodzi kelner, wysoki ladyboy z kobiecą twarzą i męskimi, szerokimi ramionami. Na chwilę przestaje interesować nas karta. Pytam czy wybrana potrawa jest bardzo ostra. Odpowiada, możemy zrobić nieostre, ale wtedy jest niedobre …
Moje myśli biegną do Syczuanu. To tam zaczęło się na ostro. Czerwone dywany suszącego się chili zalegały w słonecznych miejscach niemalże wszystkich domostw. O poranku w jeszcze pustych knajpach obsługa cięła nożyczkami suche papryczki na mniejsze części. Całkiem pokaźne dzienne spożycie, choć nie wiem w jakich jednostkach je mierzyć. Kosz wielkości sporego wiadra był porcją dla średniej wielkości lokalu. Po skończonym jedzeniu na talerzu zawsze pozostawał stosik tych czerwonych kawałków.
W Chengdu razem z Ido, podróżnym znajomym, wybraliśmy sie na lokalną specjalność czyli hot pot. Olbrzymia restauracja pełna stolików z dziurą z blacie. Pod blatem stoi mała gazowa kuchenka podgrzewająca spory kocioł z pikantnym wywarem, w którym uczestnicy biesiady gotują dla siebie zamówione mięsa, warzywa lub owoce morza. Podstawowym dodatkiem do jedzenia jest olej sezamowy z czosnkiem i sosem sojowym o odurzającym wręcz aromacie. Całość dość egzotyczna, takie wspólne gotowanie w restauracji, zabawa z przyciaciółmi przy garze, dzielenie się przyjemnością samodzielnego przygotowania pikantnych specjałów. Było ostro, najostrzej jak dotąd jedliśmy. Chili długo paliło cały mój układ trawienny. Naturalny proces adaptacji naszych kubków smakowych został w ten sposób rozpoczęty. Później nasze podniebienia i żołądki przyjmowały kolejne dawki już z coraz większą tolerancją.
Parę tygodni później wjechaliśmy do Laosu i okazało się, że hot pot to tylko namiastka mocy jaką chili daje potrawom. Zamówiona sałatka z zielonej papai okazała się nie do przełknięcia z powodu trzech maleńkich papryczek ugniecionych na miazgę w glinianym moździeżu. Nawet spora dawka piwa i kleistego ryżu nie była w stanie schłodzić naszych ust. Później dowiedziałam się, że antidotum na diabelską ostrość jest cukier, a ową siłę chili zawdzięcza kapsaicynie, która nie rozpuszcza się w wodzie, a więc i piwem nie da się jej zneutralizować.
Nasza przygoda z chili dopiero się jednak rozkręcała. W khmerskiej wiosce na kolację podano nam ryż i pieczone na ogniu ryby oraz sos rybny z zielonym, drobno pokrojonym mango i oczywiście papryczkami chili w cieniusieńkich krążkach. To było codzienne jedzenie goszczącej nas rodziny rybaka. Wszystkie składniki dobrze do siebie pasowały. Słoność sosu rybnego, pikantność chili i ryba miejscami przypalona na ogniu. To było naprawdę smaczne jedzenie. W innym domu ktoś poczęstował nas sałatką z surowej bardzo drobno posiekanej ryby z dodatkiem olbrzymich czerwonych mrówek i tym razem zielonym chili, które ożywiło smak i nadało świeżego aromatu egzotycznemu daniu.
Chili to roślina mało wymagająca. Jest łatwe w uprawie, w tropikalnym klimacie dostępne jest prosto z krzaka przez cały rok. Może rosnąć wszędzie, a papryczki nadają się do spożycia w każdej fazie dojrzałości. Można je też tanio kupić. Kiedy na targu robię większe zakupy, sprzedawca zawsze dorzuci coś ekstra, marchewkę, pęczek kolendry lub kilka papryczek. Co ciekawe chili, ikona azjatyckiej kuchni, nie jest przyprawą wywodzącą się z tej części świata. Przyjechała tutaj z Ameryki Południowej około XVI wieku. Kto ją przywiózł? Portugalczycy, Hiszpanie, a może Hindusi? Dziś już nik tego nie pamięta. Jedno jest jasne, zakorzeniła się tutaj na dobre uzupełniając gamę lokalnych przypraw takich jaki pieprz, czosnek czy imbir. Występuje tu w wielu odmianach, rozmiarach i kształtach. Podobno każda ma sobie właściwą pikantność, słodycz i aromat. Pewnie nie zgłębię wszystkich tajemnic, nie poznam skomplikowanych nazw odmian. Wystarczy mi wiedza, że chili uwalnia endorfiny, czuję to każdego dnia naszej podróży, z dnia na dzień zwiększjąc dawki.
Według medycyny chińskiej dieta bogata w chili pozwala wydalić z organizmu nadmierną wilgoć, wzmaga pocenie by chłodzić ciało. W Syczuanie było to potrzebne z powodu wyjątkowo wilgotnego klimatu. Inaczej można się nabawić reumatyzmu, tłumaczyli zaprzyjaźnieni Tajwańczycy. Ponadto chili jest źródłem witamin B i C oraz pro vitaminy A, zawiera także magnez i potas.
Chili jest niezastąpione w gorącym klimacie. Posiada enzym, który pomaga układowi trawiennemu radzić sobie z wszelkimi bakteriami i pasożytami z pożywienia. Dodatkowo przyspiesza metabolizm, zjadane potrawy są szybko i właściwie trawione. Zdrowy brzuch, zadowolony właściciel można rzec patrząc jak Azjaci pochłaniają kolejne diabelskie potrawy.
Tajowie mawiają, bez chili nie ma smaku i czuje się to we wszystkich potrawach ich kuchni. Dla nieprzyzwyczajonych przybyszów z zachodniego świata tajskie dawki chili mogą być zdecydowanie zbyt mocne. Nasz kelner stawia przed nami parujący kociołek. Zamówione przeze mnie danie jest przepyszne, pełne uzupełniających się smaków. Słodkawe mleczko kokosowe współgra z chili znakomicie. Młode kukurydze pocięte w paski są lekko chropowate i chrupiące, a fioletowe grzyby zachowały swoją jędrność w krótkim procesie gotowania. Płacąc rachunek chwalę kucharza. Nasz kelner uśmiecha sie zupełnie kobieco i mówi, zapraszamy jutro.
Zrób to sam…
… czyli przepis na słodki sos chili z czosnkiem, który można dodać do wszystkiego, czyli na przykład smażonego kurczka, ryby, gotowanego ryżu, krakersów, tartej marchewki, wszelakich kanapek z serem, wędliną i warzywami i tego co jeszcze przyjdzie ci do głowy …
Jedną łyżkę oleju podgrzać na patelni z pokrojonym chili, czosnkiem w drobnych kawałkach i posiekaną cebulą. Po jednej łyżeczce wszystkich powyższych składników. Smarzyć przez chwilę w wysokiej temperaturze. Dodać 2 łyżki wody oraz 3 łyżeczki cukru, tak by uzyskana mieszanina była kleista. Wlać łyżeczkę soku z limonki lub cytryny i pół łyżki sosu sojowego. Gotować do czasu kiedy całość stanie się zawiesista. Schłodzić i serwować. Nadmiar można przechowywać w lodówce, w Polsce pewnie też za oknem
.
Marzenia młodego Khmera
Wstałem wcześnie rano. Dziś czeka mnie trochę pracy ze zdjęciami. Karty pamięci w mgnieniu oka zapełniają się gigabajtami obrazów. Trzeba zrobić selekcję. Popijam czarną khmerską kawę i siedzę przed komputerem. Przeglądam materiał, który zrobiłem w jednej z wiosek południowego Laosu. Kiedy przez ekran przemyka seria zdjęć ze świniobicia czuję, że ktoś patrzy mi przez ramię. Po chwili słyszę cichy głos: Tak samo jak w mojej wiosce. Za mną stoi młody chłopak i uśmiecha się marzycielsko. To Tham, kierowca hotelowego tuk-tuka.
Do Phnom Penh, stolicy Kambodży, zjeżdża wielu młodych ludzi. Często są to jeszcze dzieci. Chcą zarobić pieniądze, ale konkretnych planów nie mają. Mają za to marzenia. Tham przyjechał tu z małej wioski w centralnej Kambodży. Jest najstarszym dzieckiem w rodzinie. Ma 21 lat, dwie siostry i dwóch braci. Ojciec Thama jest rybakiem. Oprócz tego rodzina uprawia ryż, który jest ich głównym pożywieniem przez cały rok. Niestety ostatnia pora deszczowa skończyła się powodzią, która zniszczyła część zbiorów. Już wiadomo, że w tym roku trzeba będzie dokupić ryżu aby przeżyć do następnych żniw. Na szczęście są jeszcze ryby.
Wieczorem Tham ma wolne. Idziemy na piwo, ale tak żeby nie widział tego szef. Jest zazdrosny kiedy pracownicy nawiązują bardziej przyjacielskie relacje z turystami. Tham jeszcze raz wraca do moich zdjęć z Laosu, które przypominają mu rodzinną wioskę. W jego oczach widzę tęsknotę. Blisko rok nie widział swoich bliskich i przyjaciół. Często dzwonią do niego i pytają kiedy przyjedzie. Wyjechał ponad rok temu aby studiować w szkole we Phnom Penh. Rok nauki kosztuje ponad dwieście dolarów. To średni roczny dochód rolnika, który jest w stanie sprzedać nadwyżkę swoich plonów. Zaczął od nauki angielskiego, ale kiedy skończyły się pieniądze, które przez wiele lat odkładał na jego studia ojciec, musiał znaleźć pracę. Tak trafił do hotelu, w którym mieszkaliśmy. Ponieważ zna angielski został kierowcą tuk-tuka. Jego praca polega na odbieraniu i odwożeniu gości na lotnisko. Od czasu do czasu ktoś wykupi wycieczkę tuk-tukiem po mieście. Kiedy nie ma zapotrzebowania na transport, pomaga w kuchni. Śpi wraz z resztą obsługi na stołach w hotelowej restauracji, która na noc zamienia się w noclegownię pełną rozwieszonych moskitier. Za swoją pracę otrzymuje 40 dolarów miesięcznie.
Tham też ma swoje marzenia. Jest wyjątkowo dojrzały jak na swój wiek i ma plan. Chciałby jeszcze przez dwa lata studiować język angielski, a później wrócić do rodzinnej wioski i otworzyć swoją szkołę językową. Chciałby się też ożenić. Do realizacji obu tych marzeń potrzebne są pieniądze. Nauka w wyższej szkole we Phnom Penh to wydatek rzędu 400 dolarów rocznie. Kwota niebotyczna dla młodego Khmera z prowincji. Drugie marzenie wydaje się jeszcze trudniejsze do realizacji. Żona w Kambodży ma swoją cenę. Trzeba ją wykupić od rodziców. W ten sposób mężczyzna udowadnia, że jest w stanie zapewnić przyszłej rodzinie źródło utrzymania. “Cena” zależy od atrakcyjności kandytaki. Tham mówi, że całkiem urodziwą można już mieć za 2000 dolarów. Jest na co oszczędzać.
Phnom Penh pełne jest takich młodych ludzi jak Tham. Część z nich przyjechała tu aby się uczyć ale z braku pieniędzy przerywa studia i pracuje za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie mając nadzieję, że w końcu uda się im uzbierać odpowiednią sumę. Niektórzy chcą zarobić na swój pierwszy biznes aby się usamodzielnić. Wykonują najprostsze prace. Są do dyspozycji pracodawcy przez całą dobę. W najgorszym przypadku stają się częścią prężnie się tutaj rozwijającej seksturystyki. Większość wspomaga finansowo rodziny, które zostały na wsi. Są również sieroty, jak Sonin, przyjaciel Thama i jego zmiennik. W swojej rodzinnej wiosce nie może liczyć na zbyt wiele. Przyjechał do Phnom Penh aby stanąć na własne nogi.

Kilka dni później jesteśmy z Thamem w jego rodzinnej wiosce. Prawdziwa prowincjonalna Kambodża. Płasko. Sucho. Kilkadziesiąt drewnianych chat na palach. Drogą toczą się wyładowane wozy zaprzęgnięte w woły. Gryzący w gardło czerwony kurz osiada na wszystkim dookoła. Ludzie są biedni, ale szczęśliwi. Widać to na ich twarzach. Radośnie się uśmiechają i zapraszają nas do siebie. Napijcie się z nami, chodźcie odpocząć na hamaku, częstujcie się ryżem! Półnadzy mężczyźni przepasani tradycyjnymi kraciastymi chustami przepijają do nas palmowym winem. Próbujemy świeżo upieczonych pączków ryżowych z karmelem. Przez dwa dni wędrujemy z Thamem od domu do domu. Rozmawiamy, jemy, pijemy. Tham jest tu lubiany przez wszystkich. Cieszą się, że przyjechał. Ciekawi są jego nowych przyjaciół, których przywiózł ze sobą. Przyglądają się nam i naszej białej skórze, która jest tu oznaką wyższego statusu. Śmieją się kiedy nasz wzrok napotka ich ciekawskie spojrzenie. Pytają skąd jesteśmy, ale Polska brzymi dla nich niezwykle egzotycznie i odlegle. Widzę w ich oczach, że nie wiedzą gdzie to jest. Koniecznie musicie przyjechać na khmerski Nowy Rok, mówią. Przyjadą wszyscy, którzy pracują poza wioską. Przez cztery dni będziemy tylko tańczyć i pić palmowe wino. To dopiero fiesta! Chcieliby, żebyśmy zostali na dłużej, co najmniej dwa tygodnie. Niestety Tham musi wracać do pracy.
Zaczynam rozumieć jego tęsknotę. To zupełnie inny świat, zaledwie parę godzin jazdy autobusem od Phnom Penh. Inny system wartości. Życie w rytm monsunu, pory deszczowej i suchej. Ludzie tutaj martwią się czy ich rodzina jest zdrowa i czy plony będą dostatecznie obfite aby ryżu starczyło do następnych zbiorów. Są biedni według naszych standardów. Mają drewniany dom zbudowany z pomocą przyjaciół, kawałek pola, które uprawiają własnymi siłami, czasami krowę albo kilka kur. Jedyne wyposażenie domu stanowią moskitiery i maty do spania dla całej rodziny, kilka garnków, talerzy i filtr do wody. Prawdziwym luksusem jest elektryczny wentylator zasilany z akumulatora. Ludzie ciężko pracują fizycznie aby przeżyć. Widać to po żylastych i umięśnionych sylwetkach mężczyzn. Kobiety wciąż krzątają się po obejściu. Ciężka choroba albo kalectwo oznacza tu biedę. Życie toczy się na innych zasadach niż w mieście. Tam każdy walczy samotnie, tutaj ludzie wspólnie zmagają się z rzeczywistością. I za tym tęskni Tham. Kiedy już zdobędzie wykształcenie chce wrócić do swojej wioski i otworzyć szkołę językową. Chce pić z przyjaciółmi wieczorem wino palmowe. Chce kąpać się w rzece kiedy jest gorąco. Chce zaopiekować się rodzicami na starość. Z całego serca życzę mu aby zrealizował swoje marzenia.
Zrobieni w kraba
To był błąd. Bilet tylko w jedną stronę. Pułapka. Podstęp. Trzeba było o tym pomyśleć zanim wsiedliśmy na łódź. Ale nam się spieszyło. Już chcieliśmy być na wyspie. Mieć swój bambusowy domek, bujnąć się w hamaku, zanurzyć w turkusowej wodzie. Naszą czujność uśpił chyba niewinny uśmiech skipera. Pomógł nam wrzucić plecaki na dek niegdyś rybackiej łodzi i odbiliśmy od nabrzeża. Kilkunastometrowa łódź pchana zaburtowym silnikiem Hondy szybko pokonała odcinek między lądem i wyspą. Wszystko potoczyło się gładko, zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Delikatne lądowanie na piaszczystej plaży, świeży sok z kokosa, pięć grilowanych krabów na kolację. Do snu ukołysały nas odgłosy dżungli. Jak w raju.
Pierwsze trzy dni upłynęły nam błogo. Pobudka, poranna kąpiel w morzu, porcja krabów na śniadanie. Później kilka stron z książki i przedpołudniowa drzemka w cieniu palm. Na obiad smażone kraby, prosto z morza. Znowu kąpiel i drzemka, może kilka stron z książki, ale nie za dużo. Kolacja na plaży o zachodzie słońca. Tym razem smażony ryż z krabami. Zaprzyjaźnilismy się z właścicielami. Od jakiegoś czasu dostajemy osiem krabów w cenie pięciu. Mamy otwarty rachunek. Już przestali liczyć ile wypiliśmy kaw czy zjedli ananasów. Psy przyjaźnie merdają na nasz widok. Można powiedzieć, że się osiedliliśmy. Codziennie przypływają i odpływają łodzie. Jednodniowe wycieczki z lądu. Khmerskie rodziny z piknikowymi koszami i turyści z małymi plecaczkami gotowi do sprintu dookoła wyspy. Nie nawiązujemy kontaktu z przyjezdnymi. Mają inne priorytety. Delektujemy się naszym odosobnieniem. Nie ma internetu, nie ma prądu. Nikt nie woła Sir, buy something!
Czwartego dnia zaczęliśmy baczniej rozglądać się wokół siebie. Dlaczego nikt nie zostaje na wyspie dłużej niż dwie noce? Zauważyliśmy też, że nie mieszkamy w naszym domku sami. Po zmroku na żer wychodzą pająki o rozpiętości nóg dochodzącej do 10 centymetrów. Nie wiemy co to za gatunek. Nie wzięliśmy ze sobą atlasu insektów. Od wczoraj na naszym tarasie śpi pies, który zawsze zjada resztki z naszych krabów. Nasza ochrona? Czyżby wiedział coś więcej? W nocy odgłosy dżungli też stały się jakby mniej przyjazne. Słychać nawoływania z różnych kierunków. Jakby ktoś nas otaczał. Pytamy miejscowych. Nie podzielają naszych obaw. Chyba nic nam nie grozi. Na razie.
Dziś mija piąty dzień pobytu. Próbowaliśmy już kilkakrotnie wsiąść na jakąś powrotną łódź ale nikt nie chce nas zabrać. Mówią, że nasz bilet jest ważny tylko w jedną stronę i przepraszająco się uśmiechają. Obeszliśmy wyspę dookoła. Po drugiej stronie jest mała wioska rybacka. Próbowaliśmy znaleźć kogoś kto zawiózłby nas na ląd ale nikt nie ma czasu. Wszyscy zajęci są łapaniem krabów.
Jeżeli czytacie ten wpis to znaczy, że nasza wiadomość dotarła. Mark, Szwed z którym nawiązaliśmy wczoraj kontakt na plaży, obiecał, że zrobi co w jego mocy, żeby nas stąd wydostać. Szczęściaż. Kupił bilet w obie strony. Póki co bujamy się w hamaku i opróżniamy kolejne kokosy. Potrafimy też wyciągnąć coraz wiecej mięsa z kraba. Utknęliśmy na wyspie. Stąd chyba nie ma wyjścia.
















































































































