Skip to content

Zapraszamy na opowieść

4 Luty 2011

Witajcie!

Z wielką przyjemnością chcielibyśmy zaprosić Was na naszą opowieść Światoobrazy w Azji. 14 miesięcy w podróży. Z radością przyjęliśmy zaproszenie Urzędu Miasta w Szklarskiej Porębie do udziału w cyklu spotkań z podróżnikami Terra Incognita. Już w przyszły czwartek, 10 lutego, w Chacie Izerskiej przeniesiemy się w czasie i przestrzeni. Przemkniemy przez pustkowia Mongolii, powłóczymy się uliczkami Phnom Penh, wypijemy kawę na Jalan Roda i pogaworzymy z Minahasa. Będzie można nie tylko zanurzyć się w obrazach i dźwiękach ale również …  to już niespodzianka:-)

Link do strony organizatora:

http://www.szklarskaporeba.pl/pl/wydarzenia/kalendarz-wydarzen.html?task=view_detail&agid=516&year=2011&month=02&day=10

Wesołych …

24 Grudzień 2010

Wesołych…

W tym roku przed świętami zaczerpnęliśmy z polskiej tradycji i upiekliśmy pierniczki, bedziemy objadać się grzybową i … już rok mija od czasu kiedy w północnym Laosie poszliśmy na wigilijną rybę do niewielkiej restauracyjki. Uśmiechnięty właściciel, wieszając świąteczne ozdoby na płocie mówił „I am making some Marry Christmas”

Życzymy Wam radości i spokoju w ten świąteczny czas oraz wszelkiej pomyślności w Nowym 2011 Roku.

Marysia i Marcin

Fotografii życie własne

5 Październik 2010

Ułamek sekundy schwytany w cztery boki. 1/1000, 1/200, 1/30, mgnienie oka. Linie, plany i światła. Wybrany moment w czasie i przestrzeni. Może być teraz albo chwilę później. Rzeczywistość złapana na gorącym uczynku. Chodzę, patrzę i słucham. Jestem zbieraczem obrazów. Tak łatwo nacisnąć spust migawki, tak trudno zrobić zdjęcie.

Za sprawą tej fotografii powrócił do mnie ów moment. Znów wędrowałem rdzawą ścieżką wijącą się wśród powykręcanych sosen. Tafla jeziora zamarła by przypodobać się niebu. Drewniane czółna spokojnie wisiały w powietrzu nic sobie nie robiąc z chwilowego stanu nieważkości. Nikogo nie interesowało co będzie później. Nikt nie chciał zmącić tej chwili. Panowała cisza.

PS

Powyższe zdjęcie otrzymało wyróżnienie w Wielkim Konkursie Fotograficznym National Geographic w kategorii Krajobraz. Zaprszama do obejrzenia relacji z gali finałowej.

National Geographic

http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/wyniki-6-wielkiego-konkursu-fotograficznego-national-geographic-polska/

Onet

http://przewodnik.onet.pl/polska/gala-finalowa-wielkiego-konkursu-fotograficznego-n,1,3708433,artykul.html

Wróciliśmy

17 Wrzesień 2010

Koła samoltu potoczyły się po Starym Kontynencie, który przywitał nas betonową płytą lotniska i lodowatym wiatrem. Rtęć dobrnęła zaledwie do jedenastej kreski i tego dnia planowała jeszcze może ze dwie więcej aby zadziwić ludzi w samo południe. Sandały, które nosiły mnie przez ostatni rok nagle wydały się wyjątkowo nie na miejscu. Po wypolerowanej posadzce hali przylotów stukały obcasy kozaczków. Sięgnąłem w najdalszy kąt plecaka gdzie kiedyś dawno schowałem kurtkę i buty. Znowu się trzeba będzie ubierać, żeby nie zmarznąć. Słota jesieni i plucha zimy. Oto co nas czeka. Rozdeszczone miasto i liści opadanie. Szyb samochodu skrobanie i gdzie ja posiałem rękawiczki?

Ostatni dzień w Azji. Wstajemy wcześnie rano. Tyle rzeczy trzeba jeszcze załatwić. Ostatnia wizyta na targu, kupuję galangal i kilka liści kaffir, aby tom yam wyszła jak należy. Dwa kilogramy mangostanów, oj będziemy za nimi tęsknić, parę jabłek na podróż, no i jeszcze papaja do zjedzenia tuż przed wyjazdem na lotnisko. Odwiedzam sprzedawcę durianów, pewnie długo ich nie zobaczę, wybieram większego aby nasze zmysły nasycić jego smakiem na dłużej. Poszlibyśmy jeszcze do Ahmada, naszego przyjaciela z Pakistanu, ale wszyscy muzułmanie poszczą teraz od świtu do zmierzchu. Ich knajpki są zamknięte, otworzą dopiero tuż przed zachodem słońca. Jest ramadan.

            

Ostatni spacer ulicami Kuala Lumpur. Sklepy i uliczne knajpki imigrantów z Pakistanu, Indii i Bangladeszu. Przybli tu na początku ubiegłego stulecia albo zaledwie parę dni temu. Kobiety w sari wybierają kolejne złote bransoletki do dźwięczących kolekcji na ich nadgarstkach. Tamilski miesza się z Urdu, zapach chicken tandori z wonią jaśminu. Po sąsiedzku Chinatown. Odkąd kwitł handel i można było zarobić pieniądze, Chińczycy też tu byli. Razem z nimi herbata, medycyna i hoteliki. Tu i ówdzie kręcą się turyści z Bliskiego Wschodu. Kobiety zakryte od stóp do głów drepczą za mężem. Wokół kręci się gromadka ich dzieci. Starsze dziewczynki chustką okrywają głowy, chłopcy w niczym nie różnią się wyglądem od ich rówieśników z Europy czy Stanów. Są na wakacjach. Malezja to muzułmańska Szwajcaria. Kilkanaście metrów nad nimi, wysoko na rusztowaniu, pracują Birmańczycy. Przyjechali tu w poszukiwaniu lepszego życia bo ich rząd odmawiam im do tego prawa. Azja w pigułce. Chłonę te ostatnie chwile Azji.

            

Tak było jeszcze wczoraj. Od dzisiaj jesteśmy w domu. Cieszymy się tym chociaż nasze dusze jeszcze nie dojechały. Nie wiemy gdzie są. Nie potrafimy ich upilnować. Niech chasają samopas i cieszą się wolnością, abyśmy znowu mogli sie do nich przyłączyć.

PS

Historie dopiero układają się w głowie i powracają w najmniej oczekiwanym momencie. Łapię je i spisuję. Nasza podróż będzie trwała mimo, że my jesteśmy już w domu. Zostańcie z nami.

Historie

3 Wrzesień 2010

Podeszła do nas zaraz po nabożeństwie. Stanęła przed nami uśmiechnięta i pogodna, z dwoma siatkami, w których taszczyła zakupy. Dźwięcznym głosem pełnym śmiechu przedstawiła się. My name is Mary. Porozmawialiśmy kilka minut, później oprowadziła nas po parafii. Po drodze wpadliśmy do biskupa, tak jak się wpada do starego znajomego, bez zapowiedzi. Cieszyła się naszą obecnością, tak zwyczajnie. Towarzyszyła nam jeszcze kilka minut w drodze przez miasto. Kiedy powiedzieliśmy jej, że chcemy już wracać do hotelu, długo się z nami żegnała patrząc nam w oczy. Wówczas tego nie wyczułem znużony upałem i całodzienną wędrówką ale dziś jestem pewien, że coś nam chciała powiedzieć. Była w niej jakaś tajemnica, a my odwróciliśmy się do niej plecami. Nie wysłuchaliśmy jej historii.

Podróżuję już ponad rok. Jestem pełen ludzkich historii. Jedne same do mnie przychodzą, o inne delikatnie wypytuję. Niektóre nieśmiało proszą o uwagę, szeptem. Czasami są milczeniem, pełną mocy ciszą, która szuka we mnie tej samej ciszy, chwili zatrzymania i uwagi. Inne krzyczą ochrypłym głosem bądź kokietują figlarnym uśmiechem. Opowiadania, powieści, anegdoty. Płyną wokół mnie wartką rzeką wydarzeń. Mogę się w niej zanurzyć, tylko wysłuchać albo wcielić w jedną z postaci, stać się czyjąś historią, która zacznie żyć swoim życiem.

Ile historii mogę wysłuchać? Czasami mam ich dość, innym razem łaknę. Zapadają we mnie. Noszę je w sobie przez dni, tygodnie, miesiące. Ni stąd ni zowąd, któraś z nich powraca i upomina się o chwilę uwagi. Rusza projektor i seans zaczyna się od nowa. Muszę przeżyć ją jeszcze raz, kameralnie w moim osobistym kinie na ekranie świadomości. Niektóre zostają ze mną na zawsze. Jak duchowy tatuaż. Sprawiają, że się zmieniam. Spisuję je żeby nie zapomnieć. Niezdarnie ubieram w słowa, jak małe dziecko, które nie lubi sweterków. Czasami zamykam w kadrze jak w klatce. Wieloma się zachwycam i puszczam wolno. Nikomu nie opowiadam ani nie pokazuję. Schwytany motyl przestaje latać i umiera. Czy to ja wybieram historie czy może one mnie? Nie mogę wysłuchać wszystkich. To niemożliwe.

Moja czarna kawa

9 Sierpień 2010

Jest przed sezonem. Już nie powinno padać, ale ten rok jest inny. Poranna ulewa jest rzęsista jak prysznic w dobrym hotelu. Cieszą się soczystozielone, bujne rośliny, ryż na tarasach i wodne bawoly. Ludzie też się cieszyć powinni, dla nich monsun to obfite plony, jedzenie i dostatek. Ja też się cieszę. Pada, świat jest czystszy, powietrze lżejsze i tylko nastrój lekko sentymentalny. U stóp tarasu na którym siedzę kończy się szeroki pas białej plaży. W oddali brzeg jest bardziej skalisty, a w głębi lądu krajobraz zdominowany przez palmy, bambusy i bananowce. Morze jest spokojne, błękitny pasek wyraźnie odgradza płyciznę od głębin. Lubię to zmętnienie powietrza, tę wodę zawieszoną między niebem a ziemią, te chmury skłębione we wszystkich odcieniach szarości. Nieliczne łodzie odpływ uwięził na plaży.

Młoda dziewczyna o pięknym, niewymuszonym uśmiechu podaje śniadanie. Jest papaja w niedużych kawałkach, dzbanek kawy i placek z bananem. I wszystko jest w porządku i pewnie dla wielu to raj na ziemi. Ale jest pewne ale. Bo kawa jest lekko lurowata, a naleśnik mały i mało banana i … I już wiem, że dopadła mnie podróżna tęsknota. Taka tęsknota gdzieś daleko od domu, gdzie te same pojęcia mają inne znaczenie i nagle uświadamiam sobie, że tym razem inność rozczarowuje a nie cieszy.

Zaczynam planować co zrobię jak wrócę. Rano, zaraz po obudzeniu włączę radio aby grało w całym domu. Będzie Zapraszamy do trojki a o dziewiątej usłyszę głos Piotra Barona w Tubaronie. Ach trzymam kciuki żeby tak właśnie było. Żeby nikt ramówki nie zmienił, żeby on nie był właśnie na urlopie … Włączę czajnik, zaparzę herbatę a dla Marcina kawę. Pójdę po śliwki do najbliższego sklepu, ach jakże za nimi tęsknie. Będę jadła śliwki i popijała herbatą … Będę w domu.

Pojadę odwiedzić Rodziców. Zadzwonię domofonem, dwa krótkie dzwonki. Drzwi się otworzą i szybko pokonam te parę stopni. Wbiegnę na pierwsze piętro a mama będzie czekała w otwartych drzwiach. Przekroczę próg i przywitam się z Tatą, a Mama powie, że jesteśmy opaleni. Będzie na nas czekał cały talerz swieżo zerwanych wiśni i pewnie olbrzymi arbuz na urodziny. I to pierwsze wtulenie się w ich ramiona. Tęsknie za wami.

O czym myśli się w podróży? Dobre pytanie. O wszystkim. O tym, że ma sie ochotę na kanapkę z żółtym serem i ziemniaki z kwaśnym mlekiem. O naszym gołębiu, który ostatniej wiosny złożył u nas jajko na balkonie i o sąsiadach, którzy zawsze nam kibicowali gdy pakowaliśmy samochód przed wyjazdem. O życzliwym nam Pyrusiu i Bartku i co teraz robi Basia. Że kwiaty wokoło piękne takie jak te w doniczkach na polskich balkonach. Że jak przyjdzie jesień zrobię ocet jabłkowy, że zjadłabym kiszonej kapusty. Że przyroda tu piękna, takiej w Polsce nie mamy, że drzewa ogromne, bambusy strzeliste, a ludzie zawsze serdeczni, prości w obejściu. Że deszcz jest zawsze ciepły i wszystkie noce takie jak te nieliczne lipcowe w Polsce. Że pojechałabym na Mazury, najlepiej w maju, kiedy trzciny dopiero zmieniają barwę ze słomkowej na trawiastą, kiedy tylko pojedyncze żagielki widać na wodzie w spokojny wtorek lub środę. Kiedy jeszcze sezon nie obudził potworów z watą cukrową i bursztynowymi pamiątkami, pań na szpilkach na keji i podstarzałych lowelasów. Że nie będę musiała robić prania codziennie i że wybiorę sobie koszulkę inną niż trzy niesmiertelne, które mam i spodnie nie brązowe. Że …

Chcę usiąść na kanapie i słuchać muzyki. Jakiej? Na początku Lubomskiego i polskie hiciory, chcę śpiewać głośno do siebie najlepsze kawalki Dżemu i Perfektu. Chcę zmieniać płyty i cieszyć się każdym kawałkiem. Jak już się naśpiewam, wezmę gazetę i przeczytam wszystkie artykuły. Wieczorem pójdę do kina, zjem knedle z truskwakami, które Mama zrobiła specjalnie dla nas. Będę w domu. Ptaki będą pięknie śpiewały i może zimno sie zrobi, spadnie deszcz a może śnieg i buty nie będą wysychać w godzinę. Sandały zamienię na kozaki, koszulki na ramiączkach na sweter, może dwa. Będę w domu. Pani w sklepie będzie miała zły dzień, a ja jeszcze gorszy bo szaro, będę w domu. Tylko gdzie to będzie?

Czyżby już czas wracać?

Wielki błękit

2 Sierpień 2010

Nie ważyć nic. Zawisnąć w bezruchu i zadrwić z prawa ciążenia. Machnąć nogami i zrobić fikoła w przód, rzucić się głową w dół albo wystrzelić w górę. Niczym ptak, bez żadnego wysiłku. Trójwymiarowa przestrzeń do dyspozycji. Nie trzeba lecieć w kosmos. Wystarczy zejść pod wodę.

Jestem tu tylko gościem. Moje pojawienie się zaskoczyło gospodarzy. Widzę to w ich rybich oczach. Przyglądają mi się bacznie gotowi w każdej chwili uciec. Ci więksi rozważają atak. Przyszedłem z góry, ze świata, który jest im zupełnie nieznany. Nigdy się tam nie zapuszczają. Nie da się ukryć, że jestem tu obcy. Poruszam się niezdarnie. Zamiast płetw mam słabo przydatne kończyny. Aby coś widzieć muszę patrzeć przez szybę, aby nie zmarznąć muszę się specjalnie ubrać. Taszczę ze sobą ekwipunek, który pozwala mi oddychać. Jak dobrze pójdzie powietrza wystarczy na godzinę. Później będę się musiał poddać i zakończyć swoją wizytę. Będę musiał przyznać, że nie należę do tego świata.

Pierwszego nurkowania z akwalungiem się nie zapomina. To uczucie niedowierzania, że można oddychać pod wodą. Wspaniale! Dotąd mogłem jedynie na minutę zanurzyć się i na wstrzymanym oddechu przepłynąć kilkanaście metrów. Teraz wiszę wbrew grawitacji i rozglądam się wokół siebie. Do pięciu metrów głębokości wodę radośnie rozświetlają dochodzące tu promienie słońca. Ślizgają się po koralowym ogrodzie omiatając niezwykłe formy. Kruche i gęste „rogi łosia”, kulisty i twardy „mózg”, rozrastające się na kilkanaście metrów średnicy talerze, koronkowe wachlarze, pluszowe niczym dywan falujące falbany, tańczące w rytm wody neonowe anemony. Wolno sunę tuż nad nimi, jakbym wisiał nad ogrodem mamy. Przyglądam się harcom ryb. Orgia barw i kształtów trwa w najlepsze. Tego się nie da opisać. To trzeba zobaczyć! Dlaczego w Bałtyku ryby są tylko srebrne?

Opuszczam koralowy ogród i opadam coraz głębiej. Z każdym metrem robi się coraz ciemniej. Łagodny prąd niesie mnie wzdłuż pionowej ściany. Mijam gigantyczne gąbki sterczące niczym fabryczne kominy, zaglądam do ogromnych beczek rozmiarów człowieka. Ze szczelin okiem łypią na mnie mureny zazdrośnie strzegące swojego terytorium. Nasz przewodnik ma świetne oko i sporo doświadczenia. Nurkuje w tym miejscu już kilkanaście lata i zna każdy centymetr rafy. Z łatwością wypatruje krewetki i kraby kilkucentymetrowej wielkości, które chowają się w koralach i gąbkach do złudzenia je imitując. Od czasu do czasu niczym piękny kwiat oko ucieszy kolorowy ślimak mozolnie sunący po ścianie.

Na dwudziestuparu metrach zawisam nad piaszczystą półką. Obfitujący w dziwactwa podwodny świat osiąga tu kulminację. W piasku zagrzebała się ryba-krokodyl przypominająca tego prawdziwego. Gdyby przewodnik mi nie pokazał sam bym nie zauważył ryby-liścia i ryby-kamienia, które kształtem w ogóle nie przypominają ryb a bardziej przyrodę nieożywioną. Technikę kamuflażu opanowały do perfekcji. Ich kolor i faktura przypominają porosłą skałę lub gnijący liść kołysany wodą.Trwają w bezruchu udając, że ich nie ma.

Jesteśmy coraz głębiej, prąd przybiera na sile. Zaczynają pojawiać się duże sztuki. Osiągające metr i więcej grańce stoją w prądzie polując na ofiarę. Wpływamy w liczącą kilka tysięcy ryb ławicę tuńczyków, która krążąc dookoła przypomina tornado. Płynę razem z nimi, są na wyciągnięcie ręki jednak kiedy próbuję je pogłaskać zwinnie czmychają w bok jakby mi chciały udowodnić, że i tak ich nie dogonię. No cóż, chyba muszę przyznać im rację. Gdzieś głębiej, może na czterdziestu metrach przemykają rekiny. Tylko widać ich chyże sylwetki i charaketrystystyczny, swingujący ruch ciała. Patrolują swój rewir kilkakrotnie nawracając.

Wskazówka manometru dobrnęła do pięćdziesięciu barów. Czas minął. Trzeba rozpocząć wynurzenie. Powoli unosimy się ku srebrzącej się nad nami tafli wody mąconej kroplami rzęsistego deszczu. Jest coraz jaśniej, stopniowo wracają kolory. Niczymy ptaki wznosimy się coraz wyżej i wyżej. Pod nami zostaje wielki błękit.

P.S.

Wszystkie zdjęcia wykonane przez Roberto Miotto (www.rajalaut-bunaken.com) i opublikowane za jego zgodą.

Dzięki Roberto za wspólne nurkowanie!

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 75 obserwujących.